Szejnert, która pojechała na Białoruś, a wróciła z Polesia

– Pan go uważa za Białorusina?
– A Pani powie, że Polak? Ano, co zrobić, że historia tak plącze: to nasze, to wasze. (…) Ale on nasz, urodził się tutaj (…) i w Janowie zażądał być pochowany. Wtedy nie było Polski, nie było Białorusi, Ukrainy i Litwy, była wielka dzierżawa rosyjska. A dzisiaj jest tutaj Białoruś.

 

 

Świat zmienia się w tempie, którego nie da się już spowolnić. Zmiany klimatyczne, mentalne, społeczne cywilizacyjne prowadzą nieuchronnie do stanu, do którego człowiek albo się przyzwyczai albo zginie pod kołami pędzącego pociągu, jakim jest wypadkowa tych zmian. Już teraz znikają ludzie, którzy nie potrafią nadążyć. Znikają też miejsca, które były ostatnim bastionem swojskiej przeszłości. Tak właśnie z mapy i serc znika Polesie i jego historyczna odrębność, być może ostatni we wschodniej Europie tygiel kultur, narodów i języków.

W blasku zachodzącego dla Polesia słońca kąpie się jeszcze Małgorzata Szejnert. W tomie „Usypać góry. Historie z Polesia” ujmuje ostatnie 150 lat życia Polesia – ujmuje wybiórczo, ale pomysłowo, wszak to zbiór reportaży, nie monografia krainy. Aż trudno uwierzyć, że na tak stosunkowo niewielkim obszarze geograficznym działo się tak wiele – na przemian dobrze i tragicznie. To tu miał być rzekomo legendarny grób Owidiusza, tu wyprawiła się awanturniczka i polarniczka Louis Boyd i zamieszkał jednoręki i jednooki Carton de Wiart, tu wreszcie urodził się i wychowywał Ryszard Kapuściński. Tu właśnie razem i zgodnie mieli żyć książęta, arystokraci, przemysłowcy i chłopi, ale też żydzi, prawosławni i katolicy, jak również Polacy, Białorusin, Rosjanie, Ukraińcy i Żydzi.

Jest w obrazie Polesia, jaki przedstawia Małgorzata Szejnert jakaś nostalgia i jakiś smutek, za tym, co bezpowrotnie zarosło na poleskich bagnach, co zburzono podczas wojen, które nie szczędziły nigdy Polesiu ciosów. Nie ma już tych pałaców, które ostatnia szlachta opuszczała w pośpiechu – zamiast nich łąki, niewielka kupka gruzu pod drzewem i pamięć nielicznych. Nie ma już wiekowego kirkutu, została tylko jedna macewa i coraz rzadsze wycieczki rozmodlonych żydów, których śpiew zagłusza niewyłączone radio. Nie ma wreszcie już śladu po zatopionej Flotylli Pińskiej, nie ma nawet zgody co do tego, czy była polską, radziecką, a może poleską.

Autorka oddaje głos dokumentom, ludziom, miejscom i własnym przemyśleniom. Zabiera czytelników do czasu La Belle Epoque, do zawieruch wojennych, w tym także niespokojnego międzywojnia, do nowego odrodzenia i nowych zasad, jakie wprowadziły władze sowieckie aż po dzień dzisiejszy, kiedy opadły już na Białousi nastroje wolnościowe, a władza dawno przestała już nawet stwarzać pozory demokracji.

Polesie istniało z naszej perspektywy niemal od zawsze, ale znika, staje się integralną częścią Białorusi, której władze nie mają zamiaru dbać o zachowanie jego tradycji, ba tępią tych, którzy o to zabiegają. Zanim Polesie zniknie, przeczytajmy reportaże Szejnert i spróbujmy zachować pamięć o tym, co ono kiedyś znaczyło, zanim bagna jego zupełnie zarosną. Z taką odpowiedzialnością wszyscy jesteśmy Poleszukami.

Weźmy się w garść – poprawmy krajobraz między Dnieprem a Dźwiną
Usypmy góry usypmy

 

[umieszczenie na zdjęciu skądinąd świetnej powieści Mongera nie jest przypadkowe]

Małgorzata Szejnert
Wydawnictwo ZNAK
Liczba stron: 400
Ocena: 5,5/6  
[Tekst powstał dla portalu Puls Historii]
.