Panina Manina (co to za imię??), czyli klub i „Córka dyrektora cyrku” Gaardera

Poniżej fragment z protokołu ze spotkania Klubu ’86, poświęconego Córce dyrektora cyrku Gaardera”

Tym razem pretekstem do spotkania była Córka dyrektora cyrku J. Gaardera, królowały zatem dania norweskie. Lub raczej nazywając rzeczy po imieniu — królował norweski łosoś w wielu postaciach. Był więc łosoś pieczony z pikantnym sosem pomidorowym, kanapeczki z serkiem i wędzonym łososiem i koperkiem, pasta chrzanowa zawinięta w łososia (niestety została w lodówce i została pożarta dopiero na śniadanie… Przepraszamy!). Były też pyszne grzanki  serem i sałatką z pomidora (którego zdążyłam już pomylić z… łososiem), czosnku, cebuli i oliwek oraz związane z treścią książki wino (z Maryją!), naleśniki oraz grzany sok porzeczkowy.

Lektura pobudziła nas do zażartej dyskusji, której wnioski wyłożone są poniżej:

a.    Większości z nas książka bardzo się podobała, a na wszystkich (obecnych) zrobiła wrażenie.
b.  Postać głównego bohatera jest… wkurzająca, szczególnie z tymi jego szowinistycznymi tekstami i uproszczeniami, ale przecież nie każdy bohater literacki jest stworzony po to, by go lubić. Ten natomiast, choć trudno pałać do niego miłością, jest na pewno spójny — od pierwszej do ostatniej strony autystyczny i tak skomplikowany, że aż prosty. Budzi złość czytelnika swoim niefrasobliwym podejściem do spraw powszechnie uważanych za ważne, swoim przesadnym podkreślaniem „olewania” sławy przy jednoczesnym stałym dbaniu o „rozprzestrzenianie się” na świecie. Doszłyśmy nawet do wniosku, że Beate była jego formą rozprzestrzeniania się (vel „wypróżniania”…)
c. Sam motyw pisarza, który w zasadzie nie jest pisarzem, wymyśla tylko wątki dla innych twórców jest arcyciekawy. Historie, które opowiada tym bardziej. Szczególnie do gustu przypadły nam opowieści o żywych szachach i Marry Ann McKenzie, o limicie na 12 miliardów dusz na świecie i o Więcej już o tym nie mówmy.  Nie odkryłyśmy za to, czemu służyła historia o Paninie Maninie opowiedziana na trzy różne sposoby.
d. Zakończenie jest absolutnie przewidywalne (co nie znaczy, że nie jest ciekawe) i budzi protesty i oburzenie, z drugiej strony historia zatoczyła koło, wąż pożarł własny ogon (ogon pożarł węża?) i tak widocznie miało być. Natomiast już ostateczna końcówka (szachy na podłodze) niestety jest dla nas zupełnie niezrozumiała i pewnie niepotrzebna (może komuś się jednak skojarzyło jaki jest związek ostatniej sceny z historią o żywych szachach?).
e. Gaarder ujawnił też znów swoją filozoficzną duszę w rozważaniach włożonych w usta głównego bohatera. Poza
wątkami o tym, że produkujemy więcej kultury niż jesteśmy w stanie przetrawić (ja osobiście się z tym zgadzam, ale też nie widzę w tym nic złego — każdemu według potrzeb), pojawiają się w książce takie literackie perełki jak (…) czasy się zmieniają. Nawet Japończycy przestali popełniać harakiri, uważam, że to głupie, dekadenckie.
f. Moje wewnętrzne przekonanie: Córka dyrektora cyrku bardzo kojarzy mi się z książkami Murakamiego — dzieje się w podobnym czasie, co książki niedoszłego noblisty (lata ’60-90te), jest pisana w pierwszej osobie, zdania są
dość krótkie, ale treściwe, klimat oderwania od rzeczywistości, nie wspominając już o motywie Metra — karła bliźniaczo podobnego do tańczącego karla ze „Zniknięcia słonia” [sprawdziłam — Elephant vanishes jest z 1993, a Córka… z 2001] oraz motywie pisarza, który ma wiele do powiedzenia, ale nie pisze z trylogii 1Q84 [2009].
g. Zaczęłam się też zastanawiać, czy być może i ja mam takich uczniów?
 
P.S. Jeżeli któraś z nas ma jeszcze jakieś nadzieje na to, że kiedyś napisze książkę, pamiętajmy słowa Gaardera: Tylko prości ludzie piszą powieści

A poniżej zawartość stołu:

zdjęcie