O „Zimowej opowieści” M. Helprina i o tym, że można bardziej kochać jedno z dzieci

 

 

Wielkie miasto jest niczym więcej jak własnym portretem, prędzej czy później okazuje się jednak, że zawarty w nim arsenał scen i obrazów jest częścią głęboko ukrytego planu.

 

Czytam książki od 24 lat. I przez to prawie ćwierćwiecze zawsze wychodziłam z popularnego założenia, że pytanie Czytelnika o ulubioną pozycję, to tak jak pytanie rodziców o ulubione dziecko – absurdalne. Ale zmieniałam zdanie, przynajmniej w odniesieniu do książek. Powodem była lektura Zimowej opowieści Marka Helprina – pierwszy raz wydanej w Stanach w latach ’80-tych, u nas – na początku tego roku. Wypada dodać – wydanej u nas pięknie! 

Nigdy jeszcze nie spotkałam się z książką o tak pięknej fabule, napisanej tak pięknym językiem w tak pięknym opakowaniu. Pewnie nie jest idealna, bo właśnie w braku rzeczy idealnych leży równowaga świata, ale bezsprzecznie w moim dotychczasowym życiu czytelniczym to właśnie jej najbliżej do ideału. I sama dziwię się, że to piszę, ponieważ skłonność do przesady, szczególnie w odniesieniu do oceny książek, jest ostatnią z moich cech.

 Zimowa opowieść to prawie 700 stron tak pięknych, że kiedy się skończyły, okazało się, że nie mam już na nic ochoty, że boję się czytać cokolwiek innego, bo jako Czytelnik osiągnęłam spełnienie, a literacko mogę umierać.

Helprin opowiada baśń. Baśń o mieście. O Nowym Jorku, ale tym na skraju rzeczywistości, tym, w którym raz na kilka lat przychodzi sroga zima, a czas zapętla się i wywraca na lewą stronę. To opowieść o mieście znacznie lepszym niż na to zasłużyło, mieście, które ze wszystkich miast na świecie najskuteczniej podnosi ciśnienie (…), wystarczy wyjść na ulicę i od razu ma się ochotę podstawiać nogę kucykom w Central Parku. W dodatku opowieść zaczyna się w czasach, kiedy wszystkie stare zegary mówiły tu Dakota, tam Dakota, tu Dakota, tam Dakota, kiedy największy gangster mógł mieć bzika na punkcie barw, najlepszym środkiem transportu były łyżwy, a chora na gruźlicę dziewczyna mieszkała w namiocie na dachu. Czas w tym miejscu jest rzeczą względną, bo jak pisze Helprin…

i tak wszystko wydarzyło się równocześnie, krócej niż w okamgnieniu, czas wynaleziono tylko dlatego, że nie umiemy objąć jednym spojrzeniem olbrzymiego, szczegółowego malowidła, które nam pokazano – oglądamy je więc po kawałku, linearnie.

W tej rzeczywistości zaczynają pleść się losy bohaterów – wykwalifikowanego włamywacza zakochanego w bogatej, śmiertelnie chorej córce prasowego magnata, członków gangu Krótkich Ogonów, nadnaturalnej wielkości białego konia, staruszki-analfabetki o słownictwie bogatszym niż „Encyclopaedia Britannica”, człowieka, który pływał po oceanie na złotej tacy, dzieci, które nadały imiona tysiącu osób z sąsiedniego wieżowca, pary, która zaręczyła się przez ścianę, czy człowieka, który zniknął i sam nie wiedział dlaczego, bo czy nadal można go nazywać włamywaczem? Brzmi niewiarygodnie? Owszem. Ale kto powiedział, że baśń, w dodatku baśń o mieście, ma być wiarygodna? Dodam, że pisze to ktoś, kto za gatunkiem fantasy nie przepada. Powieść Helprina jest tak wiarygodna w swojej baśniowości, że aż trudno się z tym pogodzić. Jest w dodatku, przynajmniej dla mnie, z niczym nieporównywalna.

Historiami jedenastoplanowych bohaterów Zimowej opowieści można by obdzielić sto innych książek, bo wyobraźnia autora nie ma chyba granic, a ich charakterystyki są małymi kolorowymi szkiełkami w witrażu kompozycji. Z całości wyłania się arcydzieło. Z arcydzieła zaś świat, w którym wszystko jest tak proste, że aż skomplikowane – zło kuriozalne, a dobro bezgraniczne. Wrażenie potęguje język autora, daleki od melodramatycznych i pompatycznych uogólnień rodem z Biblii dla ubogich (czy jak kto woli Paulo Coehlo), ale literacki, zgrabny, niepozbawiony humoru. Oto kilka przykładów (z 8 drukowanych stron notatek…):

Sądzili, że są artystami: taki zawód podawali w zeznaniach podatkowych, tak się przedstawiali na prowincjonalnych dworcach autobusowych. I prawie mieli rację: może nie byli artystami, ale na pewno dziełami sztuki.

Boonya nieprzerwanie wyrzucała z siebie dziwaczne teorie, sprzątała jak szatan, śpiewała piosenki w nieznanych nikomu językach i znała przepisy na tysiąc nieistniejących potraw (…). Była Norweżką, na Christianę patrzyła więc z góry: w końcu na mapie Norwegia znajduje się wyżej niż Dania.

Od miesiąca nie mógł się opędzić od pewnej monstrualnej, zaniedbanej kobiety z Tribeca, intelektualistki, która nie wiedziała, czy jest dzień, czy noc, nigdy nie widziała oceanu i sądziła, że kozioł to samiec owcy. Chorobliwie zazdrosna, żyła tylko wśród książek, żywiła się głównie tytoniem i alkoholem, miała żabią twarz, cerę koloru wątroby, kurzy móżdżek, a ciało o gracji szopa pracza.

Poza piękną opowieścią, Helprin częstuje nas także satyrą na współczesność cywilizacji. Cywilizacji, w której na porządku dziennym jest kupowanie choćby Półautomatycznego Samopoziomującego Podwodnego Świdra Kesonowego i Instalatora Dynamitu Barkingtona-Paysona, a wybory wygrywa ktoś, kto jest najlepszym kłamcą, ponieważ kłamie szczerze (sic!) i z finezją. Kłamstwo bowiem i prawda są bardzo blisko siebie, a różni je coś bardzo pięknego. To także cywilizacja, o której trąbią nagłówki typu Zmarła modelka pozywa konia wyścigowego, których autorzy tworzą w redakcjach kuriozalne stosunki społeczne, pięknie odwzorowane przez Helprina:

Płacił im po dwieście tysięcy dolarów rocznie, by witali go uniżenie, gdy wchodził do sali, kiwali głowami i z szeroko otwartymi oczyma reagowali na jego sugestie, by posługiwali się nazwiskami, które im ponadawał, by dyskutowali o jego propozycjach za pomocą wielkich słów, których nie rozumiał, a następnie przyznawali, że to doskonały pomysł – na przykład by uprawiać grzyby w nieużywanych sejfach.

Nie umiem nad Zimową opowieścią przejść do porządku dziennego, nie umiem wytłumaczyć sobie jej fenomenu. Wiem tylko, że miałam okazję po raz pierwszy w życiu przeczytać arcydzieło. Wiem też, że przeniosłam się do świata, w którym chciałabym żyć, który być może nie różni się od tego, który mam za oknem. Bowiem

świat jest idealnym miejscem, tak idealnym, że nawet jeśli potem nie ma już niczego, to, co mamy tu, wystarczy.

Do zobaczenia po drugiej stronie ściany z chmur.

 

(Warszawa, ul. Nowy Świat, fot. N. Sz.)

Mark Helprin
Wydawnictwo OTWARTE
Liczba stron: 692

Ocena: 6/6 

 

20 thoughts on “O „Zimowej opowieści” M. Helprina i o tym, że można bardziej kochać jedno z dzieci

  • " jako Czytelnik osiągnęłam spełnienie, a literacko mogę umierać. " – to jedno zdanie sprawiło, że już nie mogę się doczekać kiedy zacznę ją czytać.

  • No Natalka, taką laurkę wystawiłaś, że aż żałuje rozpoczęcia dopiero co Lanzmanna, ale obiecałam sobie nie porzucać książek w połowie (chyba, że są dramatycznie nieprzyswajalne przez mój umysł :)), więc dziś ogranicze się tylko do zakupu 🙂

  • 🙂 Helprin natchnal Cie literacko, bo wykroilas swietna recenzje, genialnie oddajaca charakter tej ksiazki. Ja ze swojej strony musze Ci koniecznie podziekowac, bo dzieki Tobie moge sie zanurzyc w magicznym Nowym Jorku. Nowym Jorku, o ktorym realistyczne Wielkie Amerykanskie Jablko moze co najwyzej pomarzyc, westchnac i zakochac sie. CUUUUUUdowna ksiazka. Jak bede w Polsce, to wersja papierowa koniecznie musi wejsc w moje posiadanie. Okladka, zgadzam sie z Toba, jest piekna i ach… no sama rozumiesz ;P Ps. Jeszcze nie skonczylam czytac, a juz chce ja przeczytac od nowa ;D

  • Tak ją wychwalasz, że teraz nic innego tylko czytać!
    Dawno nie natknęłam się na arcydzieło, tym bardziej muszę je odnaleźć, może tutaj? ;D
    Okładka zachęca, Twoja recenzja mówi: "Nie zwlekaj, idź i czytaj! " ii tak zrobię! 🙂

  • Podoba mi się fabuła tej książki. Myślę, że przeczytam ją niebawem. Bardzo fajna recenzja tak poza tym.

  • Czytam, jestem bodajże na 300 stronie i wszystko pięknie ale: tłumacza mam ochotę zabić. Często niepotrzebnie tłumaczy zaimki osobowe i zdarzają mu się kwiatki takie jak 'wytrzeszczyć wzrok', tak więc polska wersja traci w moich oczach (a szkoda, bo książka ma piękną okładkę i generalnie wydana jest fajnie.

Comments are closed.