Przewracam kartkę z kalendarza – „27, czyli śmierć tworzy artystę”

 

 

Proszę wybaczyć mi ostre słowa, ale inaczej zacząć się nie dało. To trudny dzień, trudny dla kogoś, kto wychowywał się na przełomie lat 80-tych i 90-tych, kiedy pewne nazwiska znaczyły znacznie więcej niż teraz. Niemal mitycznej liczby 28 lat nie przekroczyli wszyscy członkowie Klubu 27, artyści, muzycy, zagubione dzieci XX (a przykład Amy Winehouse udowadnia, że także XXI) wieku – Morrison, Hendrix, Joplin, Cobain, Buckley… i wielu innych, których nazwiska obrosły dziś pajęczyną legend. I nie chodzi o to, że gdziekolwiek się wybieram, że fascynuje mnie śmierć, że uważam samobójstwo za chwałę. Nie w umieraniu rzecz, ale w życiu, w spełnieniu, w dokonaniach. I kiedy człowiek ma chwilę na zastanowienie czasem dokonuje rozliczeń i powstaje pytanie: czy to, co jest, wystarcza na 28 lat?  10 220 dni? 245 280 godzin? Że o minutach nie wspomnę?

Ten trudny dzień postanowiłam świętować (?) z książką Alexandry Salmeli 27, czyli śmierć tworzy artystę. Mam ją od dawna, ale postanowiłam przeczytać dzień przed, z premedytacją. I okazało się, że nie mogłam wybrać lepszego momentu. Wszystko składa mi się w całość. Wszystko mnie dotyczy, podskórnie czuję każdą wątpliwość i wszystkie wahania bohaterki.

Marta vel Angie ma jak się łatwo domyślić, lat 27. I postanawia nie mieć już więcej – zrobić w ciągu roku coś spektakularnego i odejść, równie spektakularnie rzecz jasna. Zaczyna więc pisać powieść, wiele powieści, które mają być jej numerem popisowym, śladem na kalendarzu kultury wieczności, zanim zamknie się wieko – wiadomo czego. Problem w tym, że czasem pomysłów ma za dużo, czasem za mało, ale wszystkie jakieś nie takie, nie na miarę arcydzieła. Szuka inspiracji w studiach, własnej przeszłości i na fińskiej wsi. Wciąż bezskutecznie, a miesiące i dni płyną nieubłaganie. Nie zdradzę, co stanie się później.

27 to książka zaskakująca, powieść, która w sumie odpowiedziała mi na wiele pytań, rozśmieszyła do łez, przygnębiła, ale pozostawiła ze spełnieniem, bez choćby krzty niedosytu. Ma ciekawą, choć skomplikowaną konstrukcję. Rok z życia Angie, jej przyjaciół, rodziny, fińskich gospodarzy poznajemy z perspektywy wielu, czasem zupełnie nierealnych narratorów – samych bohaterów, ale i tajemniczej kotki, pluszowego prosiaczka, a nawet Opla Astry (!). Całość tworzy zapowiadany na okładce gatunkowy kolaż, ale i kalejdoskop postrzegania. Elementy pozostają niezmienne, ale w zależności od woli patrzącego tworzą układ zaskakująco niejednolity. Nikt nie jest tym, na kogo wygląda i nikt nie wygląda na takiego, jakim jest. Wszystko jest kwestią perspektywy.

Niniejszym przekraczam tę magiczną datę i wypisuję się z Klubu. Kalendarz się nie zatrzymał. Wygląda na to, że już zawsze będę starsza od Jima Morrisona, Jimiego Hendrixa, Kurta Cobaina, Janis Joplin, Jeffa Bucklay’a i wielu innych artystów. Może dlatego, że nigdy nie byłam artystką?

 
No cóż, żyć nie umierać.
 
 

Alexandra Salmela
W.A.B.
Liczba stron: 365

Ocena: 5/6