„Źródło” moich zachwytów, czyli Ayn Rand i antyaltruizm

Nie ma na świecie nic prostrzego niż sprzedać duszę. Wszyscy to robią w każdej godzinie swego życia. Gdybym cię poprosił, żebyś zachował duszę — czy zrozumiałbyś, dlaczego to o wiele trudniejsze?

Od czasu do czasu w łeb walnie mnie książka, której lektura udowodni mi, że w zasadzie niczego o świecie nie wiem, a to, że wcześniej nawet o niej nie słyszałam dodatkowo zbija mnie z pantałyku. Tak właśnie było ze „Źródłem” Ayn Rand, które niechcący wpadło w moje ręce, przeszło przez oczy, zahaczyło o zwoje i wyryło w sercu bolesny znak, który nie chce mi się zabliźnić. I teraz wielki mam dylemat, jak wiele mogę o niej napisać, by nie wyjść na ignoranta, ale i nie zdradzić zbyt wiele. Dlaczego? Ponieważ, jak sądzę, moja ignorancja w połączeniu z faktem, iż czytałam tę powieść jako niemal zupełna tabula rasa, poskutkowała szczególnym jej odbiorem — pobawionym uprzedzeń, za to pełnym dziecięcego niemal zachwytu i zaskoczenia. Dwa miesiące zbierałam się w sobie, by o niej napisać, trawiłam, notowałam, kupiłam kilka innych książek Rand, założyłam specjalny zeszyt. I co? I chyba niewiele jestem od tego mądrzejsza. Czuję się za to bogatsza i przynajmniej fragmentem tego bogactwa chciałabym się podzielić.

Nieżyjąca od trzydziestu siedmiu lat Ayn Rand dysponowała niejednym obliczem. Była emigrantką pochodzącą z rodziny rosyjskich Żydów, ale też jedną z najbardziej wpływowych pisarek i filozofek powojennych Stanów Zjednoczonych, twórczynią filozofii obiektywistycznej. Była ikoną kochaną, ale i nienawidzoną przez tłumy. Była czułą żoną i pozbawioną skrupułów kochanką. Miała manię wielkości, a jednocześnie chyba sporo kompleksów. Do dziś jej książki czytają setki tysięcy Amerykanów (podobno plasują się na drugim miejscu po Biblii), a niektórzy senatorowie w ramach kampanii rozdają je wyborcom. Do dziś Rand  jest również jednym z najczęściej krytykowanych amerykańskich twórców kultury. Co więcej, zarzuty, jakie się jej stawia uważam za… uzasadnione. Co zupełnie nie przeszkadza mi zachwycać się literacką i fabularną warstwą „Źródła”, które Rand wydała w 1943 roku.

Jedna z dwóch najbardziej znanych powieści Rand (drugą jest „Atlas zbuntowany”) to opowieść o genialnym architekcie, rudowłosym Howardzie Roarku, który woli przymierać głodem i pracować w kamieniołomie niż sprzedać siebie i własne idee odsunąć w kąt. Jeśli chodzi o pracę (i miłość), jest bezkompromisowy. Jeśli projektuje budynek, nie pozwala na dokonywanie w nich żadnych zmian. Jest wizjonerem i szaleńcem, który nie idzie z duchem czasu, ale wyprzedza go o przynajmniej dwa kroki. On i jego budynki są celem samym w sobie, ale poza sferę projektową wychodzą tylko wtedy, gdy inny wizjoner-szaleniec odważy się ich budowę sfinansować. Na drugiej szali tej samej wagi stoi Peter Keating, kolega Roarka z uczelni — architekt praktyczny, pozbawiony polotu i poczucia własnej wartości, człowiek, który zatańczy, jak mu zagrają, jeśli za tym będą szły dolary. Jest jeszcze Ellsworth Toohey, przebiegły publicysta i założyciel dziesiątków komitetów, klubów i rad, który piękno dostrzec potrafi, ale go nie znosi i poświęca życie, by w kolektywnej świadomości brzydotę uczynić sztuką. Do tej podstawowej trójki, dołącza jeszcze Dominique, jedna z najbardziej zagadkowych postaci kobiecych, jakie znam z literatury i równie zagadkowy Gail Wynand, potentat prasowy i właściciel między innymi najpopularniejszego w mieście brukowca, „Sztandaru”.

No właśnie, miasto. Tłem do wydarzeń powieści jest Nowy Jork, ale nie ten rzeczywisty, raczej uogólniony, choć ja osobiście lubię myśleć, że Roark jest kimś, kto mógłby stworzyć budynek Chryslera, a Keating… coś w stylu pierwotnych wież WTC. Rzecz dzieje się w latach 20. i 30. XX wieku i w dużej mierze jest studium walki idei z rzeczywistością. Więcej zdradzić nie chcę.

Co mnie w „Źródle” porusza? Tyle rzeczy, że trudno je zliczyć ani nawet wymienić. Dość powiedzieć, że jestem pod wrażeniem koncepcji racjonalnego egoizmu i antyaltruizmu, koncepcji człowieka jako bytu heroicznego. Wcale nie dlatego, że się z filozofią Rand zgadzam (mało tego, uważam, że momentami jej argumenty są obrzydliwe), ale dlatego, że to dla mnie niespodziewany powiew świeżości i pożywka dla zwojów, a nie zwykłam szukać świeżości w lekturach sprzed niemal wieku. W fotel wbiła mnie odejściem od jakichkolwiek ram — czy to filozoficznych czy warsztatowych. Tej dziwacznej autorce udało się wystrychnąć mnie (nie raz) na dudka i sprawić, bym wiele rzeczy, które wydawało mi się, że wiem o świecie i literaturze, przewartościowała. Długo na przykład nie mogłam zdecydować, kogo Rand czyni bohaterem, a kogo antybohaterem.

Jestem również pod absolutnym urokiem zamierzonego, jak się domyślam, przerysowania postaci, który to zabieg wydobywa z nich esencję, a nie jak to często bywa we współczesnych książkach — jedynie erzac. Nie umiem pozbyć się z głowy tych zgrabnych charakterystyk bohaterów („Miał oczy jak czarne dziury pozostałe po pożarze, który niezupełnie jeszcze wygasł”) i tego, jak Rand trafnie nakreśliła swoją przyszłość, a naszą teraźniejszość (miałkość pop-kultury, promowanie wzorców, kampanie społeczne, które dziś przed nazwą miałyby hashtagi etc.). Jestem pod wrażeniem złożonej konstrukcji książki, trafnych spostrzeżeń autorki i tego, że otworzyła mi oczy na inną, niepopularną, ale równouprawnioną (bo czemu nie?) perspektywę.

Kiedy odłożyłam tę wielką (jakościowo i objętościowo) powieść, poczułam jakbym znalazła się w próżni. Wiem, że nie umiem odnieść się do „Źródła” obiektywnie, głównie przez wrażenie, że mam do czynienia z arcydziełem. I mimo, że samej Rand miałabym wiele do zarzucenia i z większością jej poglądów zupełnie mi nie po drodze, wiem, że uczyniła mi świat literatury i filozofii bogatszym. Ale kiedy czytam recenzje, które tylko uwydatniają niezgodę na antyaltruizm, zupełnie pomijając warstwę literacką tej książki, budzi się we mnie niezgoda. Bo przecież ani Rand ani jakikolwiek inny autor nie musi myśleć za mnie. Ale powinien prowokować, zaskakiwać, budzić emocje, a tych jest we mnie pełno. I nie mam wątpliwości, że Rand jest jedną z tych osób „nielicznych, które posuwają świat do przodu”. Przynajmniej mój.

Ayn Rand

Tłumaczenie (cóż za heroiczna praca!): Iwona Michałowska-Gabrych

Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2015

Liczba stron: 820

Ocena: 6/6

4 thoughts on “„Źródło” moich zachwytów, czyli Ayn Rand i antyaltruizm

  • Przyznam, że mnie zainteresowałaś. Słyszałam wprawdzie o Ayn Rand i jej książkach (więcej chyba o Atlasie zbuntowanym), ale nigdy jakoś głębiej nie wnikałam, co to, o czym to i czemu takie kontrowersyjne. Ale brzmi to intrygująco, przeczytam, jeśli uda mi się pokonać strach przed tą objętością 😉

    • Kupiłam „Atlasa“, ale czuję, że jeszcze muszę chwilę odczekać, a raczej poczekać na nieco spokojniejszy czas i porównać swój odbiór filozofii Rand w innych warunkach. Polecam Ci bardzo, do tej pory mam w zwojach zakwasy:)

  • Mam podobnie jak przedpiścini: napotkałem tyle różnych przytyków i negatywnych aluzji do twórczości Rand, że nie miałem ochoty się do jej nawet zbliżać. A tu przychodzi Nakręcona Natalia… 😉

    • Strrrrrasznie (a więc aż niepoprawnie) chciałabym dowiedzieć się, co o tej książce sądzisz!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *