Wracajmy do domu i… odłóżmy Scottoline

Tym razem cytatu na początek nie będzie, ponieważ nie bardzo było z czego wybierać. Nową powieść klubową KOBIETY TO CZYTAJĄ Lisy Scottoline Wracajmy do domu, czytałam w drodze powrotnej z wakacji. Dobrze być w domu i odłożyć książkę na (wirtualną w moim przypadku) półkę. 

Zazwyczaj nie czytam powieści obyczajowych dla kobiet, ale uwielbiam klubowe dyskusje, dlatego co miesiąc sięgam po kolejne pozycje KTCz.. Jak do tej pory tylko dwie książki uznałam za naprawdę godne polecania – wyśmienitą To, co zostało Picoult i bardzo dobrą W słusznej sprawie Chamberlain. Niestety najnowsza klubowa powieść nie dołączy do tego grona, choć i tak jest o niebo lepsza niż pierwsza książka tej autorki, którą czytałam (Nie odchodź).

Według mnie literatura, niekoniecznie ta najwyższych lotów, musi spełniać jeden podstawowy warunek (poza sprawianiem przyjemności oczywiście) – ma powodować, że dowiaduję się czegoś nowego o świecie. Tymczasem po Wracajmy do domu jestem zmęczona emocjonalnie i fizycznie (sic!), ale na pewno nie intelektualnie. To oczywiście moje subiektywne uczucia i nie oznacza to, że deprecjonuję zdanie kogoś, komu powieść się podoba, ale pewne wady są niezaprzeczalne. Ale po kolei.

Wracajmy do domu to powieść o rozbitej, pobitej i pozszywanej rodzinie “z odzysku”, według współczesnych określeń – patchworkowej. Krąży wokół tematu rodzicielstwa “zastępczego”, odpowiedzialności za swoje i nieswoje dzieci i granicy początku końca rodziny, jeśli w ogóle istnieje taka kategoria. W tle przewija się wątek kryminalno-sensacyjny, który chyba w założeniach miał trafiać do szerszego grona odbiorczyń – tych, których nie satysfakcjonuje czysta obyczajówka. Obydwa wątki, szczególnie jednak sensacyjny, no cóż, na średnim poziomie.

Być może nie byłoby tak źle, gdyby nie tłumaczenie – też średnio udane. Niestety za niedopuszczalne uważam kilkukrotnie, więc nieprzypadkowo występujące w książce określenia typu miękciejsza, czy nurknęła pod siedzenie i ad kosz, a także sztuczne kolokwializmy jak dajże spokój, słuchajże oraz niezgrabne określenia typu elektroniczny czytnik tekstów. Drażnią też przypuszczam, że zamierzone reklamy telefonów marki blackberry (jeśli dobrze policzyłam – 21!) oraz prawdziwie grafomanskie zdania:

Czy uda jej się wyprowadzić własną rodzinę na spokojne wody? Doskonale radziła sobie w basenie, natomiast układy międzyludzkie przypominały jej ocean pełen wirów i przeciwstawnych prądów, niewidocznych z powierzchni.

Mimo wszystko jednak książkę, w przeciwieństwie do Nie odchodź, da się czytać. Jest zdecydowanie mniej amerykańska i zgrabniej napisana. Zbyt długo się kończy (chyba ze 4 razy, pod koniec wywołując już czystą frustrację), ale akcję ma wartką, a bohaterów nie tak irytujących, dość ciekawie pokazanych. W dodatku pojawiają się elementy humorystyczne, szczególnie w dialogach, które zgubiły sztuczność poprzedniej powieści.

No cóż, na kolejną perełkę pokroju To, co zostało w literaturze kobiecej, przyjdzie mi jeszcze poczekać.

 z

(Puszkin także padł pod wpływem nowej Scottoline ;))

Lisa Scottoline

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Liczba stron: 512

Ocena: 2/6

 

16 thoughts on “Wracajmy do domu i… odłóżmy Scottoline

  • Do literatury czysto "kobiecej" podchodzę bardzo ostrożnie, więc po tę pozycję na pewno nie sięgnę. Zaintrygowałaś mnie jednak wspomnieniem o "To, co zostało", więc za chwilę biorę się za twoją recenzję :)

  • Scottoline mam gdzieś na półce "Spójrz mi w oczy". Ta książka świeciła triumfy na blogach już jakiś czas temu, a ja kupiłam i od tej pory sobie czeka. Niestety autorka nie jest chyba pisarką na miarę choćby Picoult i Chamberlain. Czuję, że jeszcze sporo czasu upłynie zanim przeczytam tę książkę.

    • No właśnie, nie ma porównania (mimo, że 'Zatoka o północy' koszmarnie mnie zmęczyła, podobnie z resztą, jak 'Karuzela uczuc' Picoult). Wiele można zrzucić na karb tłumaczenia, ale większość – niekoniecznie.

  • Ja od książek nie oczekuję, że dowiem się z nich czegoś nowego o swiecie, choc to zdecydowany plus. Czasem przecież coś oczywistego potrafi przyjąć piękną i oryginalną formę. No ale jeśli już nie było jak wybierać w cytatach to dopiero katastrofa! Moim skromnym zdaniem dobre cytaty są tym, co trzyma książkę przy życiu jeszcze przez wiele wiele lat po jej wydaniu.

    • Jeśli przybiera piękną formę, to to też jest coś nowego o świecie, tudzież literaturze 😉

      Wiem, że to dziwne i trochę autystyczne, ale za każdym razem, kiedy niczego się nie dowiaduję, czuję, że tracę czas. Co gorsza, ostatnio czuję tak przy wszystkich książkach z dialogami…

      P. S. Zastanawiałam się nawet, czy nie dać antycytatu: '- To się ze mną nie żeń. – No to się nie ożenię.'
      Ale to chyba byłoby za bardzo brutalne 😉

  • O, pierwsza bardziej negatywna niż pozytywna opinia tej książki. Nie ukrywam, że jestem jej ciekawa, gdyż brzmi intrygująco, a i twórczości autorki jeszcze nie znam. Jednak wiem, że będę musiała trochę poczekać. Szkoda, że lektura nie trafiła za bardzo w Twoje gusta i miała więcej wad rzucających się w oczy niż zalet.

  • Co do tego blackberry, to też wydaje się irytujące, można było z tego po prostu zrobić telefon/komórkę. Amerykanie uwielbiają eponimy i jak czytam książki po angielsku, tak te kleenexy zamiast chusteczek się setki razy przewijają i cała masa innych podobnych, a potem tłumacz nie wie co z tym fantem zrobić. Ale "słuchajże" to już trochę.. Za dużo inwencji twórczej w przekładzie 😀

    • Oj tak, za dużo :)
      Innymi dowodami są "nurknięcie" i "miękciejsza" :) I to nieszczęsne słowotwórstwo "ad kosz"! Tłumacz tłumaczem, ale czemu to przeszło przez korektę i redakcję?
      Oto jest pytanie :)

      I masz rację – amerykańskość w literaturze bywa niezwykle irytującą 😉 Nabija się z tego np. Akunin w "Historiach cmentarnych":

      "Actually wszystko zaczęło się już w piątek wieczorem. Misz powiedział do żony:
      – Darling, umówiłem apojtment na jutro."
      :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *