Wpis, w którym mowa o tym, że są ksiażki, o których nie warto mówić…

Pisałam niedawno o książkach, które przyprawiają mnie o (niekoniecznie przyjemne) dreszcze. Powtórzę więc w zasadzie swoje słowa: 

Nie znoszę przede wszystkim książek pseudonaukowych, w krzykliwy sposób przedstawiających rzekomo najnowsze osiągnięcia nauki, z cyklu Ciemne sprawki…, Tajemnice..., Sekrety… Na drugim miejscu znienawidzonych plasują się książki amerykańskich naukowców (w tym poradniki!), szczególnie psychologów, którzy strasznie infantylizują przekaz posługując się niby zabawnymi historyjkami, albo odnoszą się bezpośrednio do czytelników – np. Czy słyszeliście, że…? Bzdura, nie wolno Wam tak myśleć! itp. Trzecia kategoria to amerykańskie książki dla pań. Takie z cyklu Okruchy życia – no cóż, jakie życie, takie okruchy.

Dziś kilka słów o książkach tego ostatniego typu, które mimo swoich przekonań i upodobań, przeczytałam w związku z dyskusjami organizowanymi w klubie Kobiety To Czytają. Napiszę więc o nich, choć w zasadzie nie ma o czym pisać…

 

 

Pierwsza to Nie odchodź Lisy Scottoline (swoją drogą, skąd oni biorą te tytuły??).

Walczyłeś o prawdę, sprawiedliwość i amerykański styl życia. To zdanie zostało w książce umieszczone jako żart. Ale dokładnie oddaje kwintesencję tej pozycji. To powieść o ucieleśnieniu “american dream”, powieść o wojnie, miłości, prawdzie honorze, pieniądzach i ojczyźnie. Niby nic złego, ale dla mnie w formie ledwo do
strawienia.

Nieobecny wojskowy lekarz, jego zmarła żona i malutka córeczka. To w sumie kwintesencja fabuły. Może jeszcze kwestia odpowiedzialności za kraj i rodzinę i próba odzyskania praw do córki.

“Nie odchodź”, mimo tych prawe 520 stron czyta się szybko, ale głównie ze względu na ogromną czcionkę i to, że autorka w ogóle nie wywołuje w czytelniku zaciekawienia – nawet zakończeniem, tak poprowadzonym, że czytelnik (a przynajmniej ja) nie ma ochoty rozwiązywać zagadki. Nie pomaga jej także to, że trudno polubić któregokolwiek z bohaterów, są w dodatku spłaszczeni i tacy… trudno znaleźć mi odpowiednie słowo – automatyczni, jakby swe role tylko odgrywali.

Absolutnie nie do strawienia jest także język powieści oraz jej tłumaczenie. Zdarzają się kwiatki typu: “Phat Phil (ang.) – Gruby Phil”, “prawniczy punkt widzenia”, “duża siostra”, “gratis i nieodpłatnie”, “znaliśmy Sarę, bo była przyjacielska i życzliwa”, czy kulfony typu “kompartmentalizacja”…

Całość składa się na dość marny obraz powieści Scottoline… I po raz kolejny przekonuję się, że tzw. literatura kobieca, szczególnie amerykańska, nie jest dla mnie.

Lisa Scottoline
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Liczba stron: 520

Ocena: 1,5/6

 

***

 

Kolejna książka, o której w zasadzie szkoda mówić, to Karuzela uczuć Jodi Picoult. 

Ani pięknie napisana,ani dobrze przetłumaczona (nawet tytuł – The Pact!), ani ładnie wydana, ani rozwijająca… Plusem w zasadzie jest to, że przechodzi się ją w miarę bezboleśnie, z umiarkowaną przyjemnością.

Historia dwóch amerykańskich przyjaźniących się i wychowujących razem dzieci rodzin i samobójstwa nastolatki, należącej do jednej z nich. Goldowie i Hartowie podświadomie dążą do połączenia rodzin i pchają dzieci w związek, który nieszczęśliwej Emily wydaje się niemal kazirodczy. Co z tego wynika? Jeśli macie ochotę, sprawdźcie sami, ale według mnie – nie musicie.

To moja druga (choć pod względem chronologii pisania, pierwsza) książka Picoult. Zachwycona świetnym To, co zostało, sięgnęłam po Karuzelę… (swoją drogą po raz kolejny – co za tytuł?!), ale jestem przekonana, że prędko do autorki nie wrócę. Czuję się zmęczona i niestety nawet nie jest to zmęczenie intelektualne, a znużenie materiałem. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że to książka pisana dawno, kiedy styl autorki, no cóż… jeszcze nie istniał, a To, co zostało nie było wypadkiem przy pracy, a właśnie kolejną fazą rozwoju na drodze od pisarczyka do pisarza. Choć cały czas trudno mi uwierzyć, że to ta sama autorka.

Jodi Picoult
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Liczba stron: 512

Ocena: 3/6

 ***

No cóż, a Was, jakie książki przyprawiają o dreszcze?

11 thoughts on “Wpis, w którym mowa o tym, że są ksiażki, o których nie warto mówić…

  • To mnie tą Karuzelą wybiłaś… Kierując się odczuciami innych i wielu poleceniom – właśnie tą książkę polecali mi najbardziej, a Ty mówisz, że słaba.

    • To ja Ci w takim razie polecam "To, co zostało" tej samej autorki – ta książka jest prawdziwym DZIEŁEM, poważnie. Zarówno pod względem językowym, jak i fabuły. I nie ma nic wspólnego z lekkimi powieściami dla znudzonych amerykańskich kobiet.

    • Ja najbardziej polecam tej autorki "Bez mojej zgody" i "W naszym domu" – absolutne cudeńka. A z tymi tytułami coś jest. Wystarczy spojrzeć na te przeze mnie wymienione…

  • A mnie "Karuzela uczuć" bardzo się podobała, to jedna z moich ulubionych pozycji. Natomiast uważam, że nie warto w ogóle nawet wspominać o "Kodzie Leonarda da Vinci". Dużo szumu o – jak się potem okazuje – nic. Nic mnie w tej książce w ogóle nie zainteresowało, za to wszystko irytowało.

  • No cóż, kiedyś podobało mi się "Pod słońcem Toskanii". Gdybym miała ją czytać teraz – pewnie zmieniłabym zdanie 😉 Generalnie do jednego wora można wrzucić wszystkie powieści typu jak z szarej myszki następuje zmiana na super odważną, przedsiębiorczą kobietę sukcesu. Ble!

    Po traumie "Mistrza" 😉 wiem, że nie tknę nic Pani Michalak.

    Aha! No i jeszcze ten nieszczęsny Murakami, co to mi się trafił tak niefartownie 😉

    Więcej grzechów (póki co) nie pamiętam 😉

  • Jeżeli lubicie kryminały, tak jak ja :) To błagam was, nie czytajcie "Uśpienia" Marty Zaborowskiej. Opis książki zachęca, ale jest chaotycznie z drętwymi dialogami. Jedyny plus to tytuł, pasuje tutaj idealnie :) "Uśpienie" będzie idealnym lekarstwem na bezsenność 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *