Wojtacha sama w Moskwie, czyli "Zabijemy albo pokochamy"

 

W stosunku do was, Polaków, też mamy kompleksy, zazdrościmy wam. To wy potrafiliście przeciwstawić się reżimowi, to wy śpiewaliście… No, jak to szło? – zaczyna nucić “Mury” Kaczmarskiego. (…) A u nas co? Możesz co najwyżej w akcie desperacji przypierdolić łbem o mur Kremla, ale to nic nie zmieni. (…) Od wieków cały czas ktoś nam zagraża. Jak nie Polacy, to Amerykanie, jak nie Amerykanie, to Czeczeni. Ruszamy wtedy z tym urrra! i wpieriod! Lecimy jak ćmy do ognia i jeszcze jesteśmy z tego dumni. Kopią nas w dupę, a my prosimy o więcej, bo przecież dostać kopa w dupę od władzy to czysta rozkosz.

 

Rosja jest dziwna. To zdanie chyba każdy z nas, kto choć trochę interesuje się światem, który mamy przed oczami, miał na ustach przynajmniej kilka razy w życiu. Bo i jak tu uwierzyć w to, że tak ogromne i bogate państwo, tak stary i doświadczony naród, wreszcie tak bliscy pokrewieństwem ludzie, ślepo ufają tym, którzy od wieków prowadzą ich po równi pochyłej. Wiecznie w dół. Ale to przecież piękny kraj i piękni ludzie, którzy niewiele różnią się od mieszkańców reszty Europy.  Nie taki diabeł straszny, jak go malują, a Rosjanin jest chyba po trosze w każdym z nas.

Są takie chwile w życiu czytelnika, że ma ochotę zabić autora aktualnie czytanej pozycji. Albo pokochać. I takie właśnie ambiwalentne uczucia towarzyszyły mi podczas lektury nowej książki Anny Wojtachy. Miałam ochotę przetrzepać jej skórę za jej niefrasobliwość i brawurę rodem z filmów o Kevinie, za te hektolitry wódki, jakie w siebie wlała i wulgarny język, jakim posługiwała się z rozmówcami. Miałam ochotę. Ostatecznie jednak pokochałam wszystko, za co chciałam zabijać. Miłością wielką i niemal bezwarunkową. Bolesną prawie, bo historie dziennikarki wessały mnie w siebie z ogromną siłą.

Podróże autorki do Rosji nie były proste, ale nie ma się co oszukiwać, to nigdy nie jest proste. Czas bowiem w kolei transsyberyjskiej w zasadzie nie istnieje, łodzie po Syberii raczej suną niż płyną, a marszrutki są niemiłosiernie zatłoczone. Rosja zawsze nas przerażała, zawsze straszyła widmem wojny ze wschodu, dziką potęgą i zahukanym, biednym społeczeństwem. Ale to przecież piękny kraj i tym lepiej, że są jeszcze Polacy, którym chce się ją poznawać, w dodatku z takim zacięciem i taką przyjemnością jak Anna Wojtacha.

Na rosyjskich ścieżkach spotkała ją miłość, przyjaźń, trudności, radości i strata. Spotkał ją snajper Specnazu, były weteran wojny z Czeczenią, sklepikarka, rosyjsko-niemieckie małżeństwo, budowniczy gazociągu w samym sercu tajgi, czeczeńska rodzina, zakochany bezdomny, szamanka znad Bajkału i prostytutka. To właśnie oni (i sama Wojtacha!) są rzeczywistymi bohaterami tych raczej pamiętnikarskich niż reporterskich tekstów. Prawdziwy kalejdoskop osobowości i problemów, które zapewne nie wystąpiłyby nigdzie indziej, tylko w Rosji.Anna Wojtacha jest baczną obserwatorką, świetną gawędziarką i człowiekiem z krwi i kości. Zabijemy albo pokochamy to historie bez tabu – czasem tu śmieszno, czasem straszno, czasem gorzko, czasem pięknie i wzruszająco. Autorka gubi się w swych codziennościach i osobistych prawdach, ale jak tu się odnaleźć, kiedy z jednej strony życie jest tam, gdzie sushi na warszawskiej Wilczej, a z drugiej tam, gdzie miłość do rosyjskiego snajpera?

 


 

Anna Wojtacha
Znak Literanova
Liczba stron: 301

Ocena: 5/6

SKRÓT DLA OPORNYCH

Dla kogo na pewno tak: dla miłośników ciętego, dosadnego języka, wartkiej akcji i hmmm, co najmniej nietuzinkowych bohaterów; czytelników o mocnych nerwach i z zapasem… wódki.

Kto powinien omijać: czytelnicy, którzy spodziewają się opowieści o Rosji, a nie o ludziach, którzy mają to szczęście (lub nieszczęście) spędzać tam życie oraz ci, którzy oczekują reportażu, a nie pamiętnika.

 
 
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *