„Wayward Pines. Szum”, czyli co w trawie… szumi?


Kiedy dotarł na drugą stronę parku wzmógł czujność. Był coraz bardziej zdezorientowany (…) Wiedział pięć rzeczy:
Jak nazwa się obecny prezydent.
Jak wyglądała twarz matki, chociaż nie mógł przypomnieć sobie jej imienia ani nawet brzmienia jej głosu.
Że potrafi grać na fortepianie.
I latać helikopterem.
Wiedział też, że ma trzydzieści siedem lat.
Oprócz tych faktów świat oraz jego własne w nim miejsce były nie tyle ukryte, ile wydrukowane w obcym języku, którego nie znał. Owszem, wyczuwał prawdę unoszącą się na obrzeżach świadomości, ale pozostawała tuż poza jego zasięgiem.

Kiedy agent specjalny Ethan Burke trafił do Wayward Pines, nie miał nic, poza zakrwawionym ubraniem, uszkodzeniem głowy, podbitym okiem i tymi pięcioma informacjami. Pamięć wraca następnego dnia, ale nic już nie było takie samo… Wayward Pines  to jedno z najdziwniejszych miejsc, jakie znał – pięknie położone, otoczone górami, z szemrzącą rzeką i urokliwym wiktoriańskim budownictwem.  Ale okazuje się, że ludzie są zbyt tajemniczy, jedyna droga wylotowa z miasta kończy się w… Wayward, a to, co szumi, to nie tylko rzeka i na pewno nie świerszcze.

Witamy w Wayward Pines
Piekle, gdzie wszystko jest piękne.

Szum to według okładkowego opisu efekt dwudziestu lat pracy B. Croucha nad stworzeniem dzieła klimatem przypominającego kultowe już seriale – Miasteczko Twin Peaks, Przystanek Alaska, Z Archiwum X czy Zagubieni. I faktycznie w dużym stopniu pierwsza część książki robi takie wrażenie, może poza nawiązaniami do Przystanku Alaska, których nie zauważyłam. Za to agent Burke, niczym Cooper z Twin Peaks, uwielbia dobrą kawę, której zapach go prześladuje, historia kryminalna jest rodem z Archiwum X, a miasteczko tak samo nierealne, jak wyspa z Zagubionych. W dodatku główny bohater ma nazwisko niczym agent z jeszcze innego serialu – White collar, a miejscowy szeryf z kolei – z Closer. Słowem – Szum to bardzo filmowa książka. Z resztą telewizja FOX na podstawie trylogii Wayward Pines faktycznie stworzyła dziesięcioodcinkowy serial.

Powieść Croucha jest klimatyczna, trzyma w napięciu, wywołuje emocje i zaciekawienie. Tajemnice się mnożą i kumulują, zamiast rozwiązywać, ale w bardzo rozsądny sposób. Trudno zorientować się, kto jest kim i dlaczego, co tylko potęguje wrażenie niesamowitości. Męczy natomiast próba ucieczki Burke’a, której więcej szczegółów nie zdradzę poza tym, że przypomina mi filmy (!) z serii zabili go i uciekł. Otwarte zakończenie za to zachęca do zapoznania się z kolejnymi tomami.

Na uwagę zasługuje także wydanie, a zwłaszcza dająca do myślenia tajemnicza okładka i przemyślany projekt tytułu, których przesłanie nabiera pełnego sensu dopiero po lekturze. Ale czy nie o to chodzi?

Być może jak na dwadzieścia lat starań Szum to trochę za mało (przynajmniej pierwsza część trylogii), ale jeśli lubicie się bać podczas lektury, jeśli lubicie dziwaczność i tajemniczość z domieszką kryminalną, zapraszam was do Wayward Pines.

Blake Crouch
Wydawnictwo Otwarte
Liczba stron: 340

Ocena: 4/6

3 thoughts on “„Wayward Pines. Szum”, czyli co w trawie… szumi?

  • Mnie niestety nie zachwyciła, mimo licznych porównań do Twin Peaks. Ale dałam Crouchowi drugą szansę i właśnie skończyłam czytać "Pustkowia" i teraz idę na bloga ponarzekać, niestety..

    • Ja też nie byłam zachwycona 🙂 Przekonałam się też, że to zdecydowanie nie mój gatunek i już raczej po Croucha nie sięgnę, ale obiektywnie rzecz biorąc, wyobrażam sobie, że może się podobać.
      Ale faktycznie przydałoby się coś do czytania, co odzwierciedliłoby klimat Twin Peaks 🙂

    • Już kolejną książkę chcą podpiąć pod legendę Miasteczka Twin Peaks. Tym razem jest to "Laura" J.K. Johanssona. Pojutrze premiera, a książka jest z Wydawnictwa Literackiego. Ciekawi mnie ona, ale boję się, że znów mnie rozczaruje jej treść. Dla mnie Twin Peaks chyba zawsze będzie tylko jedno. 🙂

Comments are closed.