W królestwie lodu

Podbiegunowa zagadka” jak ją czasem nazywała prasa, stała się dokuczliwą, dręczącą obsesją. Ludzie musieli się dowiedzieć, Co Tam Jest — nie tylko uczeni i podróżnicy, ale także opinia publiczna. Biegun północny, jak napisało londyńskie „Athaneum”, był „nieuchwytnym obiektem pożądania”. Wybitny niemiecki geograf, Ernst Behm porównał ludzką niewiedzę dotyczącą warunków na biegunie z nienasyconą ciekawością, jaką czuje właściciel domu, który nie wie, jak wygląda jego poddasze.

Nie jestem (wbrew pozorom) bezkrytyczna wobec książek podejmujących mój ulubiony temat, temat wypraw na biegun. Przeczytałam ich już tyle, że naprawdę potrafię odróżnić te wartościowe od słabszych. A ta, która, mam nadzieję, trafi w wasze ręce, jest genialna! Ma swoje wady (które dotyczą raczej polskiego wydania niż samej książki), ale jest bezsprzecznie jedną z najlepszych pozycji polarnych dostępnych na polskim rynku i być może wysuwa się na pierwszą pozycję.

Jeśli czytaliście uroczą „Czochrałem antarktycznego słonia” Marcina Golachowskiego, to na pewno pamiętacie historię statku USS Jeannette, dowodzonego przez dzielnego kapitana George’a De Longa. Statek oraz cała załoga na lata zaginęli w Arktyce i ślad po nich zaginął. To właśnie tej wyprawie poświęcona jest najnowsza (bo niedługo wyjdzie nakładem Czarnego także jego reportaż o Dzikim Zachodzie, ale oryginalne jego wydanie jest wcześniejsze) książka rewelacyjnego pisarza i dziennikarza Hamptona Sidesa, „W królestwie lodu. Tragiczna wyprawa polarna USS Jeannette”.

Trudno napisać sensowną recenzję książki, o której nie można zbyt wiele powiedzieć, by nie popsuć przyszłym czytelnikom radości odkrywania tego, co (i jak!) ma do przekazania autor. Sides czaruje, co nawet nie byłoby szczególnym osiągnięciem zważywszy na fakt, iż sama historia jest czarowna, ale czaruje także językiem, dawkowaniem faktów (a co za tym idzie — napięcia), przygotowaniem merytorycznym, rzetelną analizą bogatego materiału źródłowego, łotrzykowskim zacięciem narracji… Mam wymieniać dalej? Czy po prostu pora uwierzyć, że czaruje WSZYSTKIM oraz że brakuje słów uznania dla jego talentu? Bo brakuje.

IMG_2207

„W królestwie lodu” czyta się jak powieść — wielowątkową, trzymającą w napięciu do ostatnich stron, wzruszającą (bardzo wzruszającą!) i świetnie skonstruowaną. Niebagatelne znaczenie mają również barwni bohaterowie, których przygodami i nietypowymi cechami charakterów można byłoby obdzielić bohaterów kilku(nastu) innych książek. Ale to przecież nie bujna wyobraźnia Sidesa (choć nie bez znaczenia jest jego warsztat i niewiarygodna umiejętność kreowania obrazów protagonistów), a prawdziwe wydarzenia napisały scenariusz tej historii. Prawie tysiąc przypisów, setki przeczytanych książek, artykułów prasowych, dzienników i listów, to tylko wierzchołek tej nomen omen, góry lodowej i pracy, jaką włożył autor w przedstawienie losów osób związanych z USS Jeannette — tych na wodzie i lodzie i tych bezpiecznych, na amerykańskim i europejskim lądzie.

Sides ukazuje awanturnicze początki planowania wyprawy, która miała w końcu dopłynąć na „dach świata” poprzez ominięcie Wyspy Wrangla, przedarcie się przez lodowy pak i rozwinięcie żagli po natrafieniu na ciepłe prądy z Japonii, które powinny zaprowadzić bohaterów do ciepłego, otwartego morza, jakie według ówczesnych badań (a w zasadzie wierzeń) miało otaczać obszar podbiegunowy. Zajmując się jej przebiegiem opisuje nie tylko perypetie członków wyprawy, ale także jej sponsora, szalonego wydawcy „The New York Herald”, Gordona Bennetta, nie mniej szalonego niemieckiego kartografa Augusta Petermanna, który więcej zmyślał niż wiedział, a świat i tak mu wierzył, oraz losy żony kapitana, Emmy De Long. Salwy śmiechu, mroźne dreszcze i łzy wzruszenia  gwarantowane!

Jedyną chyba wadą „W królestwie lodu” jest lekka niefrasobliwość redakcji. Otóż roi się tu od błędów w datach. Redaktor i korektorzy najwyraźniej przegapili nieścisłości w nazwach miesięcy i latach. I tak bohaterowie, którym udało się przetrwać wrzesień, cofają się w czasie do czerwca, a wyprawy ratunkowe wyruszają z portów kilkanaście lat przed Jeannette. Szkoda. Wolałabym również, by zdjęcia, zamiast na wkładce wewnątrz towarzyszyły tekstowi, ale to już uwaga zupełnie prywatna — grunt, że fotografie w ogóle się tu znalazły, bo idealnie uzupełniają barwną treść.

I na koniec mój ulubiony cytat: „De Long otrzymał niezliczone listy od badaczy Arktyki i zwykłych dziwaków”:)

IMG_2197

SKRÓT DLA OPORNYCH

Dla kogo na pewno tak: dla wielbicieli historii odkrywców geograficznych, szczególnie tych, którzy chcieli dotrzeć lub dotarli na w chłodne regiony subpolarne, także dla tych czytelników, którzy cenią dobrą historię w pięknej (i rzetelnie konstruowanej) obudowie merytorycznej.

Kto powinien omijać: och, sama nie wiem, nikt, kto ceni świetną literaturę faktu? 

IMG_2262

 

Hampton Sides

Wydawnictwo Rebis

Liczba stron: 488 (oraz wkładka ze zdjęciami na papierze kredowym)

Ocena: 5,5/6 (minus za błędy w datach — jedyny minus)

taniaksiazka

13 thoughts on “W królestwie lodu

  • To dziwne, ale w innych pozycjach w tym temacie też roi się od takich „głupich” błędów polskiej redakcji – tłumacze źle przeliczają odległości, podają błędne składy ekip itp. (to informacje wymagające po prostu koncentracji, uważności od tłumacza a nie nie wiadomo jakich translatorskich umiejętności). Jestem w stanie takie rzeczy wyłapać, ale dla innych może to być po prostu nieczytelne i niejasne. Szkoda. A Sidesa przeczytam koniecznie i bardzo bym chciała żeby więcej książek na ten temat się pojawiało, bo zaczynam już odczuwać lekki deficyt 🙂

    • Wydawana u nas literatura polarna nie ma szczęścia do redaktorów — np. u Lansinga dwa błędy są już na okładce! 😀
      A czytasz po angielsku? Bo mogę Ci podać całą masę tytułów, by deficyt zmienić w nadmiar 😉 Do kupienia za 20-40 zł (z przesyłką!) na Ebay’u albo do ściągnięcia za darmo ze strony Projektu Gutenberg 🙂

        • Drogi Czytelniku? A co Cię najbardziej interesuje? Arktyka czy Antarktyka? Wyprawy pionierskie czy współczesne? Ludzie czy środowisko? 🙂

          • Wszystko! No ale dobra, najbardziej Antarktyda i okres heroiczny – Scott, Shackleton i te sprawy…;)

    • Pardą, ale jak to – tłumacze źle podają skład ekipy? Tłumacz faktycznie może źle przeliczyć mile na kilometry albo narobić literówek, ale błędy merytoryczne zwykle należą jednak do autora.

      • A jednak źle podają i jest to ewidentnie wina tłumaczy. Specjalnie sprawdzałam sobie to z oryginałem. Odległości czasem są wzięte z księżyca (tak samo jak daty), to nawet nie błędy w przeliczeniach.
        Kot – gdyby miała możliwość zamawiania przez ebay/amazon to bym pewnie poszalała 🙂 Tak to pozostają mi polskie strony.

  • Dat bym nie zauważył, gdybym nie robił na bieżąco notatek i nie mógł się połapać w obliczeniach 😛 A zauważyłaś, jak wiktoriańska panienka z dobrego domu wali ledwo poznanemu kawalerowi w listach per „ty”? A on na balu wpisuje jej swoje „imię” w „kajecik”? Drobiazg, a psuje znakomite wrażenie.

    • Kajecik kajecikiem, ale Ty się ciesz, że nie „pugirales” 😛
      Fakt, psuje.

      • Nazwisko tłumacza nic mi nie mówiło, za to nazwisko redaktora książki – aż za wiele. I tak byłem mile zdziwiony, że tylko tyle kwiatów się tam znalazło.

  • Bardzo ciekawa recenzja, muszę spróbować tego typu książek. Ciekawi mnie świat,więc myślę,że to dobry pomysł. Co polecasz na początek?
    Pozdrawiam!

    • Na początek ta będzie idealna 🙂 Ta, albo Lansing „Antarktyczna podróż…“ 🙂

Comments are closed.