To nie jest recenzja, bo „To nie jest książka” – specjalnie z okazji Dnia Dziecka :)

 

Z okazji Dnia Dziecka (bo chyba każdy z nas jeszcze je w sobie ma) zapraszam do nielektury nierecenzji o nieksiążce 🙂

 

A cóż to za dziwadło? – zapytacie. Dziwadło, którego zachęcona Książką o czytaniu, szukałam dość długo, aż w końcu skutecznie upolowałam na zeszłotygodniowych Warszawskich Targach Książki.
I teraz, Szanowni Państwo, mam zaszczyt zaprezentować Państwu pozycję (?) o tytule:

 

To nie jest książka. Burz i twórz. 86 rzeczy, które zawsze chcieliśmy zrobić z książką, a których nam stanowczo zabraniano
 
🙂
 

Uwielbiam ciekawe wydania i uwielbiam książki o książkach – to nie tajemnica 🙂 Ale wydanie To nie jest książki (jak to odmieniać???) zupełnie podbiło moje serce! Tym bardziej mnie samą to dziwi, ponieważ według wskazań Anne Fadiman jestem zdecydowanie bardziej kochankiem dworskim niż namiętnym książek – każdy zagięty róg, rysa na okładce i przedarta kartka powołuje u mnie szczery ból. Ale może właśnie o to chodzi, bo w końcu mam nieksiążkę nieautorów, wypełnioną niekartkami z nieliterami i nieokładką, która wygląda zupełnie jak książka i mogę ją… ekhm… namiętnie wykorzystać 🙂A oto mały przedsmak tej nielektury, co ciekawszych stron i moich z nią poczynań:1) Nigdy o tym wcześniej nie myślałam, ale wyobrażam sobie, że można pragnąć… przywiązania książki nocą do drzewa – szczególnie znienawidzonych podręczników:

zdjęcie+1(1)

2) Definitywnie natomiast zdarzało mi się marzyć o wykorzystaniu książki jako stołeczka, tudzież kocyka:

zdjęcie+1

3) Marzę też o takiej, którą mogłabym czytać w deszczu:

zdjęcie+2

4) Że nie wspomnę o takiej, którą chętnie wyrzuciłabym za okno!

zdjęcie+4

5) Albo o takiej, na której można by wyładować złość! Choćby na nią samą:

zdjęcie+3(2)

6) Definitywnie przydałyby się też książki, które Puszkin mógłby… pożreć:

zdjęcie+3(3)

7) Można też rozważyć wkładanie książek do zamrażalnika:

zdjęcie+3

8) Lub inaczej popuścić wodze fantazji:

zdjęcie+5(1)

9) Na przykład porysować kredkami (miałam tylko dziewięć, ale spróbujcie odczytać napis):

zdjęcie+5

10) Lub odrysować w niej monetę:

zdjęcie+5(2)

11) Lub w fikuśnych dymkach wypisać absurdalne dialogi:

zdjęcie+2(1)

12) Albo dziurkaczem stworzyć dzieło sztuki (mi dzieło nie wyszło, bo dziurkacz za mały :)):

zdjęcie+4(1)

To tylko próbka możliwości tej nieksiążki – po resztę odsyłam Was do nielektury – naprawdę warto! Jeśli macie zaś dzieci, możecie im sprezentować – niech oswajają się z… przekładaniem kartek? 🙂 Koniec też jest satysfakcjonujący:

zdjęcie+4(2)
Jak to bywa przy nieksiążkach, autorów brak 🙂
Wydawnictwo Format
Liczba stron: trudno powiedzieć, a liczyć nie będę 🙂

Ocena: 6/6 

18 thoughts on “To nie jest recenzja, bo „To nie jest książka” – specjalnie z okazji Dnia Dziecka :)

  • Widziałam już wcześniej tę nieksiążkę, i jak ją zobaczyłam, to dotarło do mnie, jak wiele rzeczy chcę zrobić z książką, a nie mogę, bo mi moralność nie pozwala ;D. Nie jestem co prawda pewna, czy wydałabym na taką nie-książkę pieniądze, ale wygląda na świetny prezent z okazji dzisiaj.

    • Na Targach to były prawie niepieniądze 🙂
      Ale faktycznie – jako prezent byłaby najlepsza! 🙂

      (Myślę też, że jako nagroda dla uczniów na zakończenie roku szkolnego 🙂 Ja niestety swoim muszę dawać książki sztampowe. Taka sytuacja.)

  • Ja chyba nigdy nie miałam jakiś podejrzanych intencji względem książek, do kreatywnego wyżywania się miałam bloki i zeszyty. Zastanawia mnie trend do wydawania książek "do niszczenia" (no dobra, znam taką jeszcze tylko jedną oprócz tu wymienionej – "Zróbmy sobie arcydziełko") i trochę ograniczania kreatywności i wzbudzania jej do czynności destrukcyjnych (nawet jeśli całość ma dowcipny wydźwięk). Kreatywność raczej kojarzy mi się z tworzeniem niż niszczeniem.
    PS Gdyby ta książka była sprzedawana w dwóch egzemplarzach (za jedną cenę) to może bym się skusiła – jeden egzemplarz bym użyła, drugi zostałby w stanie dziewiczym 😉

    • Pomysł z książkami podwójnymi – boski 🙂 Choć i tak pewnych rzeczy nie odważyłabym się zrobić – nawet z wersją "roboczą" 😉

      Jak sama zauważyłaś, nie jest to chyba jednak jeszcze trend 😉 Ale nie zgodzę się, że "burzenie" nie może być kreatywne. No, może poza przejeżdżaniem po książce rowerem;) Większość propozycji w tej książce, to jednak tworzenie – malowanie, zaginanie, origami, zbieranie odcisków palców znajomych, podpisy, robienie z książki lunety, wymiana kartek… Pomyśl, że ta książka, jeśli nad nią dłużej "popracować", staje się dziełem sztuki, w dodatku u każdego jedynym w swoi rodzaju 🙂

    • A czegoś byś za nic nie zrobiła?
      Cwaniaki zwietrzą trend i ani się obejrzymy na listach książek będą królowały te "kreatywne" – zwłaszcza, że to słówko jest wciąż hiper-modne ;P
      No ale żeby stworzyć to dzieło sztuki, to jednak niszczy się książkę – będę się upierała, że to trochę niefajne. Czy robienie tych wszystkich twórczych ćwiczeń, ale np. w szkicowniku byłoby mniej twórcze?
      A może już trend? 😉 Bo jest jeszcze książka "Wreck this journal" (chyba nawet polska wersja). Przypomniałam sobie jeszcze, że trafiłam kiedyś na taki wpis: http://booklips.pl/zestawienia/11-nietypowo-zaprojektowanych-ksiazek/ – zastanawia mnie, czy te kartki z makaronu są smaczne…

    • Za nic nie wywaliłabym książki przez okno i nie pomazałabym jej żadnym jedzeniem – nawet tej 🙂 Przejeżdżanie po niej rowerem też wydaje się być przesadą.

      Jeśli chodzi o szkicownik – jasne! Całkowicie zgadzam się z tym, że taki szkicownik byłby bardziej kreatywny (szczególnie, jeśli pozostałby całością). Zawsze najbardziej kreatywne są rzeczy, da których inspirację stanowimy tylko my sami. Ale to trzeba kształtować – i czemu by nie zacząć od takiej właśnie formy. Choć zdecydowanie rozumiem Twoje obawy, co do niszczenia książek. Mnie również nie odpowiada traktowanie ich jak przedmioty użytkowe, nośnik treści. Same w sobie też przecież są CZYMŚ. Ale z drugiej strony są trendy bardziej i mniej wartościowe. Jeśli czytanie lub nietypowe wydania książek mają stać się trendem, to ja też chętnie przyłożę do tego rękę. Choćby z racji edytorskiego wykształcenia 🙂

      A makaronowych książek nie jadłam (innych też nie ;)).

  • Muszę sobie taką sprezentować 🙂 Będę mogła sobie współautorstwo nieksiążki wpisać później do mojego niby-CeVe 😉

  • Po krótkim zastanowieniu stwierdzam, że względem nielubianych, nudnych, czy wręcz głupich książek (tak, takie też bywają) nie miałam morderczych zapędów. Jedynym wykroczeniem była myśl, by je rzucić kąt.

    Myślę, że to fajna pozycja do oswajania z książką opornych. I rzeczywiście, gdyby przejrzeć kilka książek – każda od innego właściciela, można by z tego zrobić fajną artystyczną instalację 😉

  • Nigdy nie myślałam, żeby robić takie rzeczy z książką, ale nie-książka to zupełnie coś innego! Już jakiś czas temu zwróciłam uwagę na ten produkt i praktycznie cały czas mam ją gdzieś z tyłu głowy. Tyle że musiałabym kupić dwie, bo Sylwek pewnie chciał by własną do zabawy. 😉

Comments are closed.