„Tajemnica Noelle”, czyli o drugim spotkaniu z Diane Chamberlain

Do lektury Tajemnicy Noelle zabierałam się z olbrzymią dozą ostrożności po moim wcześniejszym, niekoniecznie udanym spotkaniu z jej autorką – Diane Chamberlain (Zatoka o północy). Na szczęście Tajemnica… zrewidowała moje poglądy. Przeczytałam ją, aby wziąć udział w dyskusji klubu Kobiety to Czytają.

Nie mogę powiedzieć, że książka odcisnęła we mnie piętno, że zapamiętam ją do końca życia… Nie przewróciła mojego świata do góry nogami i pewnie za dwa miesiące zapomnę o niektórych wątkach fabuły, ale mimo wszystko połknęłam ją szybko i było to spotkanie przyjemne.

Książka rozpoczyna się właściwie śmiercią tytułowej bohaterki, a całość to odkrywanie jej, również tytułowej, tajemnicy, choć chyba bardziej odpowiednia byłaby mnoga liczba tego rzeczownika, bo tajemnic położna miała co niemiara. W ten proces angażują się jej dwie przyjaciółki, Tara i Emerson oraz ich rodziny. Wielopostaciowa narracja, urozmaicająca odbiór książki, toczy się jakby w dwie strony – chronologicznie i achronologicznie, łącząc się w spójną całość. Rozdziały kończą się momentach trzymających w napięciu, a kolejne podejmują opowieść kontytuując ją z perspektywy innego bohatera. Zabieg, trzeba przyznać, zgrabnie wykonany.

Powieść w ciekawy sposób podejmuje zagadnienia winy, kary i… prawdy (niewiele tu o okładkowym wybaczeniu). Tytułowa bohaterka (bo głównych jest tu kilka) okazuje się postacią iście tragiczną – żaden z jej wyborów nie okazał się dobry, bo też dobrych rozwiązań do wyboru nie było. A prawda też jest się inna niż się spodziewano. To z kolei prowadzi do wniosku, że tak naprawdę nie znamy osób z najbliższego otoczenia, nie wiemy o nich rzeczy nawet bardzo podstawowych. Oklepane? Tak. Ale czy warto nam o tym przypominać? Zdecydowanie!

Podobała mi się kreacja kobiet-bohaterek, mężczyźni, a zwłaszcza ich motywacje wydały mi się co najmniej naciągane. I choć zazwyczaj złożyłabym to na karb faktu, że interesuje mnie szerszy obraz niż ten, do którego wgląd daje mi autor, tym razem mam wrażenie, że to raczej kwestia obiektywna. Bardzo sugestywnie za to moim zdaniem, Chamberlain przedstawiła postacie nastolatek – w jednej widziałam nawet siebie sprzed lat… wielu. Nie wspominam już, że imiona zwierząt występujących na kartach książki (kotka Makatka i psy – Siwy i Dym) są przeurocze. Sam tytuł (choć jak wspomniałam do doskonałych nie należy) też nieźle oddaje fabułę. Jest także o niebo lepszy od oryginalnego, który przetłumaczony brzmiałby mniej więcej tak – Wyznania położnej

‚Tajemnica Noelle’ (i nie ma w tym nic dziwnego) dla jednych będzie zaskakująca, dla innych przewidywalna. Będą czytelnicy zachwyceni i ci pozostawieni z niedosytem. Ja mam swoje miejsce gdzieś po środku tego kontinuum. Myślę po prostu, że zdecydowanie warto poświęcić jej te dwa wieczory (z kawałkami nocy), więcej niekoniecznie.

 

Diane Chamberlain

Prószyński i S-ka

Liczba stron: 472

Ocena: 3,75/6 🙂

4 thoughts on “„Tajemnica Noelle”, czyli o drugim spotkaniu z Diane Chamberlain

Comments are closed.