Świat w płomieniach

Zamierzam zbudować kobietę–dom. Będzie miała fasadę i wnętrza, tak byśmy mogli do niej wejść i z niej wyjść. Rysuję ją teraz, rysuję i zastanawiam się nad formą. Musi być duża i musi być kobietą trudną, ale nie może być istotą wyjętą z horroru lub fantasy, z „vagina dentata“. Nie może być potworem Picassa ani do Kooninga, nie może być Madonną. Żadnego albo–albo dla tej kobiety. Nie, ona musi być prawdziwa. Z głową nie mniej ważną niż ogon. W tej głowie znajdą się postaci, ludziki płci obojga zajęte swoimi czynnościami. Niech piszą, śpiewają, grają na instrumentach, tańczą i odczytują bardzo długie przemowy, który nas wszystkich usypiają. Niech to będzie moja lady Kontemplacja na cześć Margaret Cebendish, księżnej Newcastle, tego siedemnastowiecznego monstrum — intelektualistki. (…) Szalona Małgośka przyniosła wstyd, była jaskrawym pryszczem na obliczu natury. Robiła z siebie widowisko.

Odkąd czytam dużo i świadomie, mam pewność, że dobra literatura musi spowodować we mnie jakąś zmianę, niekoniecznie ilościową, ale jakościową. Może to być zmiana w sferze poznawczej lub emocjonalnej, ale między punktem A (przed czytaniem) a punktem B (po lekturze) muszę być kimś przynajmniej minimalnie innym. I czasem mam większą ochotę na zakwasy w metaforycznych zwojach mózgowych, czasem na zakwasy w równie metaforycznym sercu. „Świat w płomieniach” Siri Hustvedt zdecydowanie spowodował te pierwsze, zaś spotkanie z nią w ramach Conrad Festival — obydwa rodzaje bólu spowodowanego metaforycznym kwasem mlekowym. Ale po kolei.

Nie najmłodsza już artystka i żona znanego nowojorskiego marszanda (te dwie role bedą w niej walczyć przez połowę życia) Harriet Burden, zwana Harrym, planuje karkołomny eksperyment na żywych organizmach, jakimi są Sztuka (zamiana nazw na nazwy własne i rozpoczynanie kapitalikami jest zamierzone) i Artysta. Zapomniana i niedoceniana w Środowisku — jako kobieta — po śmierci męża postanawia wystawić swoje prace nie pod własny nazwiskiem, ale pod nazwiskami trzech mężczyzn, których do tego celu zaangażowała — młodego nieopierzonego jeszcze Antona Tisha, czarnoskórego performera Phineasa Q. Eldridge’a oraz uznanego w świecie sztuki artystę Rune’a. Każda z trzech wystaw zyskuje uznanie wśród Krytyków i Recenzentów, a co za tym idzie Szerszej Widowni. Wszystkie interpretuje się przez pryzmat tego, kim są domniemani autorzy instalacji. Tym samym Harry udowadnia, że coś takiego jak „obiektywna percepcja sztuki” nie istnieje. Kiedy już-już ma ujawnić swoją osobę jako autorkę dzieł, okazuje się, że zacierając własne ślady, przechytrza samą siebie. Anton znika, a Rune nie chce przyznać się do udziału w mistyfikacji. Jedynie Phineas staje na wysokości zadania, ale to za mało, by obwieścić sukces eksperymentu. 

„Świat w płomieniach” to fikcyjna biografia fikcyjnej postaci zaangażowanej w fikcyjną historię, a jednak wstrząs nie czym innym, tylko prawdą. Ta fikcyjna biografia ma swojego fikcyjnego redaktora (w polskim tłumaczeniu jest nim mężczyzna, a oryginalnej wersji jego/jej płeć jest nieznana), przypisy oraz relacje blisko dwudziestu postaci związanych z główną bohaterką. Każdy rozdział jest więc pisany z innej perspektywy, ale także (i tu ujawnia się po raz kolejny kunszt autorki i tłumacza, Jerzego Kozłowskiego) innym językiem, stylem, z inną wrażliwością, a ten osobliwy zbiór dokumentów zamknięty w jednym tomie odzwierciedla portret nietuzinkowej artystki i intelektualistki, kobiety, ale przede wszystkim — Człowieka.

Hustvedt, a raczej jej narratorzy, odwołują się do świata sztuk wizualnych, ale też literackich i filozofii. Powołują się między innymi na Kierkegaarda, Schellinga, MarryShelley, Cavendish, Freuda, Huxleya, Spinozy, Picassa, a nawet… Siri Hustvedt! Pełno tu smaczków i odniesień, z których połowy zapewne nie zauważyłam. Harriet ma psychiatrę, którego nazywa Doktorem F.; pseudonim artystyczny Phineasa to P.Q.E., a razem mają wspólne pH; czasopismo, które drukuje wyjaśnienia Burden pisane pod pseudonimem nosi tytuł „The Open Eye”; Harry prowadzi zeszyty, których nazwy zaczynają się od każdej litery alfabetu… z wyjątkiem I (ang. ja). Prawda i zrozumienie prozy Hustvedt ma warstwy, do części których, mam nadzieję, umiałam się dokopać. Prawdziwej Harry nie zna nikt, może nawet ona sama — czasem jest maską, czasem maską w masce (np. jako Richard Brickman piszący do „The Open Eye”), jest pewna swoich racji, ale często sama nie wie czego chce. Staje się jednocześnie własnym portretem i karykaturą, artystyczną wariacją na temat własnej osoby, eksponatem w wystawianej instalacji. I swoją własną klątwą, ciężarem (ang. burden — ciążar, brzemię).

Domyślam się, że kreowanie każdego z narratorów, z ich charakterystycznymi rysami, musiało być dla Hustvedt wyzwaniem, ale i pierwszorzędną zabawą. Ich relacje ujęte w formie listów, artykułów naukowych, recenzji wystaw, wywiadów, czasem pamiętników i łamigłówek są jednocześnie satyrami na każdą z tych form literackich. Tytuł całości nawiązuje do innej świetnej powieści, należącej do gatunku „protosciencefiction”, autorstwa wspomnianej między innymi w początkowym cytacie Margaret Cavendish, „The Blazing World”. Miałam okazję ją przeczytać (i jak tu nie kochać kindle-owego Amazona — za niespełna dwa dolary) i zachwycić się wyobraźnią i oczytaniem siedemnastowiecznej autorki będącej jednocześnie dzieckiem swej epoki, jak i jej wyprzedzeniem. To opowieść o kobiecie wysokiego rodu, która po podbiegunowej (ja zawsze trafiam na takie smaczki!) katastrofie morskiej trafia do równoległego świata, zwanego właśnie The Blazing World, którego zostaje imperatorową (żoną władcy). Nie ma tu zwyczajnych ludzi, mieszkańcy tego świata, są pół ludźmi, pół zwierzętami — papugami, robakami, rybami, pająkami, niedźwiedziami etc. Poznaje najróżniejszej maści naukowców, filozofów i ludzi kultury. Dyskutuje z nimi, pyta, krytykuje, zamyka ich zgromadzenia lub popiera działania. Uczy się zasad działania nieznanej rzeczywistości i planuje wyprawę zdobywczą do własnego świata. Część ze scen (a przynajmniej takie mam wrażenie) Harriet wkłada do głowy Szalonej Małgośki w swej ostatniej, nigdy nie wystawionej, instalacji.

Nie umiem przejść obojętnie wobec takiej lektury. Czytam Cavendish, wypożyczam Kierkegaarda, wracam do Freuda, kupuję pozostałe książki Husvedt i słucham jej wykładów i wywiadów z nią i Paulem Austerem na YouTubie. Erudycja autorki wpędza mnie w bolesne kompleksy, ale również działa motywująco. Zadaję sobie pytania o związki pomiędzy artystą i widzem, o percepcję sztuki, wreszcie o samą sztukę i o czynniki, które decydują o tym, że można nazwać coś dziełem. Czuję zakwasy w zwojach, ale i podniecenie na myśl o tym, ile jeszcze naukowo-artystycznych przygód przede mną. A wszystko to zasługa przebywania w tym dziwnym świecie, „Świecie w płomieniach”.

NIE NAPISZĘ O TYM, ŻE… (Oh, wait!)

… ta książka mnie zachwyciła, ale również bardzo zmęczyła — intelektualnie rzecz jasna

… pełno tu również odniesień humorystycznych, zabawnych sytuacji i dialogów, które niejako „odciążają” powagę fabuły

… „Świat w Płomieniach” to arcydzieło, naprawdę (i znalazłam w niej tylko jedną literówkę!).

SKRÓT DLA OPORNYCH

Dla kogo na pewno tak: dla tych, którzy czują niezaspokojony głód wiedzy, czytelnicy, którzy rozumieją problemy kobiet w świecie sztuki, a przede wszystkim miłośnicy wszelkich filozoficznych odmian monizmu.

Kto powinien unikać: ci, których łatwo wpędzić w kompleksy, czytelnicy, których nie interesują zupełnie teoretyczne zagadnienia związane ze sztuką i filozofią, a także ci, którzy nie czytają literatury faktu (mimo, że książka Hustvedt to powieść w każdym calu).

 

Siri Hustvedt (tłum. Jerzy Kozłowski)

W.A.B.

Liczba stron:

Ocena: 6/6

 

12 thoughts on “Świat w płomieniach

  • Narobiłaś mi na nią wielkiego smaka, na pewno niebawem przeczytam. Zaciekawiłaś mnie też tą drugą pozycją o tym samym tytule. Protosciencefiction, brzmi cudownie 😉 i dowodzi, że to kobiety były w wielu dziennikach życia i sztuki protoplast(k)ami, tylko niewielu o tym pamięta. Świetnie, że Hustvedt przypomina!

  • W moich zwojach mózgowych już iskrzy, po przeczytaniu Twojej krótkiej impresji 🙂 A jednocześnie, czuję się onieśmielona, choć mam tę książkę na swojej liście. Nie czytałam jeszcze, ale czemu monizm?

    • Hmm… Trudno mi to wyjaśnić, chodzi o całą dyskusję o jednolitość i dwoistość natury. Harry wciąż się miota m.in. między tym, czy ze swym ciałem kobiety, mózgiem intelektualistki i wrażliwością artystki jest jedną osobą, czy to niezależne byty. Ech, nie umiem lepiej.

    • Chodzi Ci o tłumaczenie tytułu, czy o to, że książka Cavendish ma inną wymowę niż powieść Hustvedt? Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym poznać Twoje zdanie na temat „Świata w płomieniach”, chciałabym poznać efekt przefiltrowania jej przez Twój mózg i doświadczenia 😉

  • Tłumacz dziękuje za dobre słowo 🙂 Rzadko czyta się tak wnikliwe recenzje, a już dopatrzenie się, że właściwie płeć I.V. Hessa nie jest znana – mistrzostwo świata! Nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać o to autorkę, jakoś przyjąłem z góry, że mężczyzna – co pewnie znowu mówi coś o percepcji płci… No i brawa na stojąco za przeczytanie „The Blazing World” Margaret Cavendish w oryginale! Ciekaw jestem, jak się czytało tekst napisany siedemnastowieczną angielszczyzną, to musiało być wyzwanie…

    • Bardzo mi miło, że Pan trafił na tę stronę. Zawsze cieszy mnie to, kiedy twórcy książki sprawdzają jej odbiór. Niestety nie mogę przyjąć słów uznania za zauważenie „bezpłciowości” Hess/a —Hustvedt powiedziała o tym podczas spotkania na Festiwalu Conrada, sama, nie znając oryginalnego tekstu, pewnie bym tego nie zauważyła 🙁 Sądzę, że autorka bawi się (z) czytelnikiem skutecznie także w różnych innych miejscach, ale tylko ona wie jakich 😉
      Szczerze mówiąc, lepiej czyta mi się siedemnastowieczną angielszczyznę niż polszczyznę, z łacińskimi wstawkami i wszelkimi barokowymi ozdobnikami — mimo, że z wykształcenia jestem historykiem. Największy problem miałam, szczerze mówiąc, z rozumieniem nie tyle treści, co wymowy. Zastanawiałam się wiecznie, co Cavendish popiera, a co w zawoalowanej formie krytykuje — np. system władzy czy pozycję kobiet, czy kastrowanie urzędników w społeczeństwie tego równoległego świata. Ale może przeczytam za kolejne 31 lat i będę mądrzejsza 🙂
      Ukłony! Tłumaczenie „Świata w płomieniach” wydaje mi się naprawdę rewelacyjne!

      • Raz jeszcze dziękuję <3. A co do wymowy "The Blazing World" Cavendish myślę, że warto poczytać co nieco o tej niesamowitej osobowości, żeby przybliżyć sobie jej poglądy. Wyszło kilka biografii, na które sam ostrzę sobie zęby 🙂 Na przykład "Margaret the First" pióra Danielle Dutton.

    • PS Podziwiałam też zresztą Pana pracę przy tłumaczeniach „Niksów” (17-stronowe zdanie!) i Donny Tartt. Pozostaję pełna podziwu 🙂

      • To 17-stronicowe zdanie tylko pozornie wydawało się trudne. Jestem pewien, że na upartego każdy potrafi takie monstrum stworzyć, wstarczy pobawić się przecinkami i średnikami 🙂

        • Bawić się też trzeba umieć 🙂 Zapisuję tytuł i dane autorki. Coś czuję, że szalona Małgośka będzie pierwszą XVII-wieczną postacią, która mnie zafascynuje. Dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *