Owszem, facecjonistka zezuła szmizetkę, ale poniewczasie, czyli te i inne słowa zapomniane

 

Słowa starzeją się podobnie jak ludzie. Najpierw są tylko trochę archaiczne, nabierają dostojeństwa, budzą szacunek, ale zaraz potem robią się nieprzydatne, często śmieszne, stają się cieniami samych siebie sprzed lat, po kolei trafiają do umieralni słów. Mało kto o nich pamięta, bo tyle rodzi się nowych uroczych słówek, które domagają się uwagi: toster, interfejs, hospicjum, spam…
 

Azali, atoli, aliści, bumelant, gumno, jegomość, kryg, łapserdak, niepomny, ordynus, podkurek, pozłotka, statki, urwis i um. Niby wiemy, że dzwonią, ale w którym kościele? A po co? A na co? Na pamięć, rzecz jasna. Lub na śmierć (zapomniane).

Śmierci słowa nikt nie opłakuje, nikt prochów nie rozsypie, nie urządzi stypy. I tylko czasem ktoś wspomni, ktoś westchnie głęboko i z tęsknotą w głosie opowie wnukom. Nie tylko słowa znikają lub gubią znaczenie. Giną światy. Może więc warto zatrzymać się na chwilę i zastanowić nad przeszłością języka i słowotwórstwa. Albo przeczytać słownik, leksykon. Ot, choćby Zapomniane słowa.

Ten leksykon pod redakcją Magdaleny Budzińskiej to prawie 90 krótszych i dłuższych relacji o słowach zapomnianych spisanych piórem, a raczej piórami ludzi tak zwanej kultury – m. in. Marka Bieńczyka, Andrzeja Stasiuka, Filipa Springera, Mariusza Szczygła, Ernesta Brylla, Katarzyny Kłosińskiej Joanny Szczepkowskiej, Jana Miodka, Jerzego Bralczyka, Filipa Łobodzińskiego i wielu innych.

Znajdziemy tu rozważania osobiste i językoznawcze, kulturowe, historyczne, poważne lub żartobliwe, nostalgiczne lub nie. Każdy z autorów ma własną koncepcję i realizuje ją, gdzie go tylko oczy i myśli (tudzież um) poniosą. Całość – to słowny miszmasz i bałagan, ale jaki twórczy! Autorów nie ogranicza nic, chyba, że wyobraźnia, dlatego trudno (i dobrze!) doszukać się tu jednolitości. W gąszczu rzeczowników, czasowników, przymiotników i konstrukcji gramatycznych zagubiły się przekleństwa (czyli coś więcej niż słowo wulgarne; słowo-działanie), twórcze wyzwiska (ty niedokończona iluzjo!), furtki, które otwierają się w głowie (wychodzęby na ulicę), zacne przymiotniki (jak hecny i niezborny), ale też słowa, które zmieniły znaczenie (owszem) i nazwy przedmiotów, których już nie ma (szmizetka). Czysta poezja języka.

Zapomniane słowa nie wyczerpują tematu, bo ta studnia jest bezdenna. Kupcie jednak tę hecną książkę. Jak bonie dydy!

Pomysł i redakcja: Magdalena Budzińska
Wydawnictwo Czarne
Liczba stron: 239

Ocena: 5/6

 

SKRÓT DLA OPORNYCH

Dla kogo na pewno tak: dla miłośników świadomego użytkowania języka; czytelników obdarzonych nietuzinkowym poczuciem humoru, wielbicieli książek nietuzinkowych i pięknie wydanych.

Kto powinien omijać: czytelnicy, którzy nie przepadają za książkami niejednolitymi w formie i treści i ci, którym w literaturze przeszkadza kilka przekleństw niezależnie od kontekstu.

 
http://bonito.pl/?utm_source=blog&utm_medium=banner&utm_campaign=KotNakrecacz
 
 

2 thoughts on “Owszem, facecjonistka zezuła szmizetkę, ale poniewczasie, czyli te i inne słowa zapomniane

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *