Ocean na końcu drogi

Często zastanawiam się nad tytułami postów. Ale jednak rzadko zdarza się tak, że tytuł książki mówi sam za siebie. Nie wspominając już o okładce. I aż wierzyć się nie chce, że mam ją dla siebie. I to całkiem przypadkiem.

Nowa książka Gaimana, Ocean na końcu drogi, zauroczyła mnie okładką. I tytułem. Odbierałam zakupy z księgarni internetowej i przypadkowo zwróciłam na nią uwagę. Przez chwilę nawet żałowałam, że ją kupiłam – bo Święta, bo pieniądze, bo nie przepadam za fantastyką, a jedyne co wiedziałam o autorze, to do jakiego gatunku można go przypisać. Ale czuję się nawrócona – sama nie wiem na co. Ale to tak silne nawrócenie, że zapomniawszy zwyczajowej kartki na notatki, zaczęłam notować na odwrocie pustej kartkówki o Napoleonie. Choć gdybym jej nie miała, pewnie któryś z uczniów nie dostałby swojej uzupełnionej już kartkówki… Taki nałóg.

To moja pierwsza książka tego autora, i z tego, co pamiętam, pierwsza Wydawnictwa MAG na moich półkach. Jest wydana tak cudnie, że trudno się nią nie zachwycać. Okładka pięknie oddaje tytuł i treść, jest nawet nakrapiana błyszczącymi kroplami. Deszczu? Wody z oceanu na końcu drogi? Dawno nie widziałam tak pięknie wydanej książki. Całość trochę może tylko psuje informacja, że mamy do czynienia z najnowszą powieścią autora „Amerykańskich bogów” oraz tył z milionem reklam. To jednak tylko małe uwagi, nie wpływające bardzo na końcowy, piękny, efekt.

Ocean na końcu drogi to baśń. Baśń o chłopcu, który doświadcza rzeczy, których każdy z nas chciałby doświadczyć. A może doświadcza? To pytanie autor, bardzo z resztą słusznie, zostawia bez odpowiedzi. Baśń o chłopcu tak zwykłym, że aż nie zwykłym. o chłopcu, który na urodziny życzy sobie tortu ozdobionego książką – nie piłką czy innymi symbolami na miarę siedmiolatków. Chłopiec ten, poznaje nie całkiem realną rodzinę Hempstocków, po tym jak wynajmujący w jego domu pokój, górnik opali, popełnia samobójstwo, które przyspiesza lawinę wydarzeń. Budzą się uśpione siły, ale nie są to siły zła, jak mogłoby się wydawać, ponieważ każda istniejąca siła ma swoje miejsce we wszechświecie, ale niektóre nie powinny wchodzić do świata ludzi. Na szczęście jest farma Hempstoków wraz z jej trzema uroczymi domowniczkami, które wiedzą jak, z pomocą oceanu na końcu drogi, przywrócić porządek i równowagę.

Książki o książkach, kotach i tajemnicach to (prawie) wszystko, czego potrzebuję od literatury. Do tego zestawu Gaiman dodaje mi tyle wrażeń, że większość z nich musiałam zapisać, żeby nie uciekły ode mnie tak jak niektóre wspomnienia bohatera Oceanu… Mam więc cienie w occie, zszywanie wspomnień, staw, który jest oceanem, kotkę Ocean nie z tego świata i babcię Hempstocków, pamiętającą Wielki Wybuch.

Ocean na końcu drogi to traktat o mądrej naiwności, a nie naiwnej mądrości i choć może obydwa określenia brzmią podobnie, całość wyjaśni się dopiero po lekturze. Na zachętę dodam może tylko małą próbkę tej mądrej naiwności:

Nie tęsknię za dzieciństwem, ale brakuje mi radości czerpanej z drobiazgów, nawet wtedy, gdy wokół wszystko się wali. Nie potrafiłem zapanować nad światem, w którym żyłem, nie mogłem odejść od tych rzeczy ani chwil, które mnie raniły, lecz znajdowałem radość w tych niosących szczęście. (…) może tej nocy miałem zginąć, może już nigdy nie wrócę do domu, ale dostałem pyszny obiad i wierzyłem w Lettie Hempstock.

Mam nadzieję, że każdy z nas ma  ocean na końcu drogi, każdy z nas ma swoich Hempstocków. Może nie musimy wiedzieć jak działają, może racjonalnie nie możemy ich sobie wytłumaczyć. Ale czy to ważne? Może, żeby zostać tu, po tej stronie oceanu, potrzebujemy właśnie nie wiedzieć?