O pięknie wydanych książkach, piekielnie długich zdaniach i o tym, że nie rozumiem wschodnich opowieści

Na próżno mój Chanie, próbowałbym ci opisać miasto Zahirę o wysokich basztach. Mógłbym powiedzieć, ile stopni liczą strome ulice układane w schody, jak są sklepione łuki podcieni i jakie blachy cynkowe pokrywają dachy; ale wiem, że byłoby to tak, jakbym ci nic nie powiedział. Nie z tego składa się miasto, lecz ze stosunków między wymiarami jego przestrzeni a wydarzeniami z jego przeszłości: między odległością latarni od bruku a kołyszącymi się stopami powieszonego samozwańca; sznurem przeciągniętym między latarnią i przeciwległą balustradą a festonami zdobiącymi trasę orszaku ślubnego królowej; wysokością tej balustrady skokiem cudzołożnicy, który przesadza ją o świcie; nachyleniem rynny a kotem, który posuwa się po niej, aby wśliznąć się przez to samo okno; linią ogona kanonierki, która wypływa niespodziewanie zza cypla, a kulą druzgocącą rynnę; dziurami w sieciach rybackich a trzema starcami siedzącymi na przystani zajętymi naprawą i opowiadającymi sobie po raz setny historię kanonierki samozwańca, o którym mówią, że był synem królowej, porzuconym właśnie tu, na przystani.

 

To jedna z pierwszych opowieści młodego Wenecjanina Marko Polo, skierowanych do Chana Tatarów, spragnionego wiedzy na temat miast swojego imperium, w które widział jedynie podróżnik. Opowieści jest pięćdziesiąt pięć – wszystkie magiczne, pięknie napisane i… niespecjalnie zrozumiałe (przytoczony przeze mnie cytat to w zasadzie jedno zdanie!). Przynajmniej dla mnie – statystycznego użytkownika języka. Podczas lektury, cały czas miałam wrażenie, że coś mi umyka, że odczytuję tylko zewnętrzną powłokę, że połowę gubię gdzieś pomiędzy wierszami. To zapewne wina mojej ignorancji i braku wiedzy, ale może też trochę tego, że nie trafiają do mnie wschodnie opowieści? Może ta odsłona Calvino jest dla mnie prawie jak Nazywam się czerwień Pamuka? Wydanie za to, z wytłaczaną i wyciętą obwolutą oraz doszytą tasiemką – mistrzowskie, jedno z piękniejszych, jakie znam.

Niewątpliwie Niewidzialne miasta to książka magiczna. Trzeba mieć wiedzę, styl i wyobraźnię Calvino, żeby tak napisać o pięćdziesięciu pięciu miastach nieistniejących, z których każde ma swoją specyfikę i jest zupełnie niepowtarzalne. Wszystkie opowieści przeplatają się z filozoficznymi rozmowami Kubłaj-chana i Marko, które bywają inspirujące, jednak moim zdaniem przeintelektualizowane (choć daleko im do mądrości za 5 groszy autorstwa Paulo Coelho).

Wśród nieistniejących, a więc niewidzialnych miast mamy na przykład takie, które jak Valdrada, jest jednocześnie swym lustrzanym odbiciem. I takie jak Hersylia, które składa się z pajęczynowych powiązań. Przeczytacie też o Landomii, mieście trzech miast i mieście klepsydrze i o Argii, gdzie zamiast powietrza jest ziemia i gdzie „góra” jest „dołem”. Odwiedzicie też Eufemię, gdzie cztery razy do roku wymienia się wspomnienia, i Trudę, miasto jakich wiele, której jedynym wyróżnikiem jest nazwa na lotnisku. Poruszyć również może Aldema, miasto, w którym spotkacie każdego człowieka, jakiego mieliście okazję znać. Całość ma więc wydźwięk baśniowy, jak z 1001 nocy, całość tworzy mozaikę, którą czytać i rozumieć można na różne sposoby. Miasta również odwiedzać można na chybił trafił, po kolei lub zgodnie z kategoriami, na jakie podzielił je autor Niewidzialnych miast.

Miasto jako bohater, miasto jako byt organiczny – oto, co pokazuje Calvino.

Każde z miast jest sobą, ale też każdym innym, wszystkimi na raz i żadnym z nich.
 
 

 

Italo Calvino
Wydawnictwo W.A.B.
Liczba stron: 134

Ocena: 4/6