O macierzyństwie inaczej

(…) czuję się, jakbym przeżyła coś, co w polisach ubezpieczeniowych nazywa się siłą wyższą — powódź czy huragan. Szalał wokół mnie, grożąc unicestwieniem, a potem zniknął, zostawiając po sobie ciszę i świat zaśmiecony zniszczonymi przedmiotami, świat, który cierpliwie naprawiam, zastanawiając się, co uda się ocalić, i czy nie lepiej będzie po prostu zacząć wszystko od nowa.

R. Cusk

Jestem Matką. Nawet po upływie prawie połowy roku od pierwszego punktu tej podróży, od pierwszego dnia tej nowej pracy, od tej wyraźnej granicy pomiędzy byciem Sobą a byciem Niesobą (sic!), te słowa więzną mi w gardle. Nie wiem, jak być Matką, nie wiem jak być Sobą, bo na razie jestem tylko Niesobą. Piszę wielką literą dlatego, że tak mi łatwiej nazwać tożsamość (nietożsamość?) kogoś, kim się stałam. Tylko dlaczego, zanim to nastąpiło, nikt nie powiedział mi, że NAPRAWDĘ powinnam przeczytać dwie książki, o których za chwilę napiszę — Macierzyństwo non-fiction Joanny Woźniczko-Czeczott i Pracę na całe życie Rachel Cusk. Obydwie autorki, podobnie jak ja, zostały matkami córek, obydwie bez ogródek napisały o tych doświadczeniach i książki obydwu wydano w serii „Bez fikcji o…” Wydawnictwa Czarne, obydwie też spotkały się z ostrą krytyką. Na tym podobieństwa się kończą, a rozpoczyna dyskusja.

PRACA NA CAŁE ŻYCIE. O POCZĄTKACH MACIERZYŃSTWA

Rachel Cusk jest brytyjską powieściopisarką, w codziennej pracy więc bazuje na fikcji, a tymczasem dopadła ją rzeczywistość w postaci córki (właściwie dwóch córek). Wraz z partnerem wyprowadziła się z Londynu do mniejszej, studenckiej miejscowości i spróbowała odnaleźć sens swego nowego życia. Pisze, że jest pełna podziwu dla faktu, iż każdy z nas był wychowywany w tym żmudnym procesie, który trudno traktować inaczej niż jak pracę.

Cusk jest krytykowana jako wyrodna matka. Kobiety, które pozjadały wszystkie rozumy pytają, jak można nie wpaść na to, że skoro dziecko płacze, to może być głodne. Można, proszę państwa, mnie samej (niech leje się fala krytyki, „be my guest”) trochę zajęło zorientowanie się w temacie. Jak można przyznać się do tego, że trudno zbudować relację z dzieckiem, które górnolotnie mówiąc, przez tyle miesięcy nosiło się „pod sercem”? Można, a nawet trzeba! Ilość poporodowych depresji (nie mylić z „baby blues”) w dużej mierze wynika z faktu, że nie każdej matce fizjologicznie dany jest zalew naturalnej oksytocyny, a to, że się o tym nie mówi, tylko pogłębia u kobiet poczucie winy. Jak można wydać o tym książkę, wiedząc, że to dziecko kiedyś ją przeczyta? Oczywiście, że można, bo nie ma nic złego w tym, że relacje buduje się niełatwo, czemu więc robić z tego temat tabu? Czemu udawać, że te relacje po prostu w naturalny sposób SĄ?

Z książki brytyjskiej autorki jasno wynika, że posiadanie dzieci to nie cud, to praca, proces zmian, w którym nie tylko maluch staje się nowym człowiekiem, ale jego rodzicielka też. Przepoczwarzanie się z rodzicielki w kogoś, kogo można nazwać matką nie jest bezbolesne. To jak wejście w nie swoje, ogromne lub za małe buty i wyprawa na najwyższy szczyt, jeśli nie Himalajów, to przynajmniej Tatr. To wyboista droga, pełna zakrętów i ślepych uliczek, z których czasem trzeba zawrócić. To podróż, o której trzeba (i warto!) rozmawiać.

Rachel Cusk

Wydawnictwo Czarne

Liczba stron: 216

Ocena: 5/6

 

MACIERZYŃSTWO NON FICTION. RELACJA Z PRZEWROTU DOMOWEGO

Joanna Woźniczko-Czeczott relacjonuje domowy przewrót, zamach stanu na rzeczywistość we własnej rodzinie, rodzinie Carringtonów. Ona, Cristal, wcześniej aktywna zawodowo dziennikarka, siedzi w domu opiekując się nowym członkiem familii, małą Fallon, podczas gdy jej mąż, Blake, wciąż pracuje na plantacji. Fallon jest uroczym, wyczekanym, stworzeniem, które jednak jako zamachowiec, przewraca wszystko do góry nogami. Zmienia relację rodziców, zmienia samoocenę matki, jej sytuację zawodową i społeczną. 

Ze studiów pamiętam, że mózg potrafi dość szybko (w tydzień) przystosować się do życia, jeśli założy się człowiekowi na oczy okulary zmieniające percepcję na taką do góry nogami. A jednak przekształcanie pary w rodzinę, a kobiety w matkę, trwa trochę dłużej. Zwłaszcza, że w społeczności matek panuje zmowa milczenia na temat własnych przemian i konfliktów interesów, za to większość świetnie wie, jak powinno się dbać o (cudze) dzieci, jak je wychowywać, a przede wszystkim — jak tego nie robić. Tymczasem każda Cristal, która zostaje rodzicem, dostaje zupełnie nową skórę, a każdy Blake — tylko dodatek do własnej, zmieniający absolutnie wszystko, ale jednak dodatek. Tak się to w naszym społeczeństwie narobiło, że w okresie życia, który według badań, jest najlepszym do rozwoju kariery zawodowej, zamiast podejmować te decyzje wcześniej, zostajemy matkami. Podcinamy sobie skrzydła i stajemy się domowymi nielotami, a kiedy wracamy do pracy, orientujemy się, że ktoś inny zajął już nasze miejsce.

 

Joanna Woźniczko-Czeczott

Wydawnictwo Czarne

Liczba stron: 200

Ocena: 5/6

 

PODSUMOWANIE

Pierwszą rzeczą, jaka przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o Macierzyństwie non-fiction  i Pracy na całe życie jest obrazek z pierwszych tygodni mojego przepoczwarzania. Mąż w pracy, a ja na długim, wielokilometrowym, spacerze, bo tylko poza domem czuję się dobrze, tylko na dworze, czy też generalnie w miejscach publicznych, czuję cienką nitkę łączącą nową mnie z poprzednim, bezdzietnym, wcieleniem. Wózek prowadzę jeszcze niepewnie, nie wiem, jak zjechać nim po schodach, nie wiem, jak wejść do tramwaju starego typu ani jak kupić chleb w malutkiej piekarni. Nadal wszystko mnie boli, nadal nie ogarniam do końca parzenia i napełniania butelek, usypiania dziecka. Jedną ręką trzymam rączkę od wózka, drugą — czytnik. Idę i płaczę. Z bezsilności. I dlatego, że ktoś nazwał moje problemy. Że ktoś nie bał się o nich głośno powiedzieć. A przede wszystkim, że nie jestem jedyną wyrodną matką, która owszem, kocha swoje dziecko nad życie, ale swoje życie też kochała, a zostało jej odebrane. Nie ma się co łudzić, że ono kiedyś wróci. To nowe, początkowo niepasujące, uwierające, niejasne, w końcu stanie się własnym, pewnie przyjemniejszym, pewnie pełniejszym, ale to nie znaczy, że zamiana jednego na drugie nie boli. I to nie znaczy, że należy ten ból ukrywać pod dywanem, jak wstydliwy sekret. Może boleć i to nie nasza wina.

W moich powyższych słowach nie ma prawie nic o dziecku i nic o mężu. Oczywiście, że jestem wyrodną matką i żoną. Ale mam na tyle przyzwoitości, żeby poczuć potrzebę podkreślenia faktu, że kocham swoje dziecko. Skoczyłabym za córką w ogień. Kocham swojego męża teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Ale to był tekst o matce. A podobno „matka też człowiek”.

17 thoughts on “O macierzyństwie inaczej

  • Nie wiem co tu napisać, a czuję że coś napisane powinno zostać. Prawdziwie i wzruszająco napisałaś ten tekst. I chociaż ja matką jeszcze nie jestem, to wiem że dzięki Tobie, kiedyśtam będzie mi łatwiej się pogodzić ze swoimi emocjami i trudnościami. A te książki powinni dawać w pakiecie na kursie rodzenia.

    • Ja to się w ogóle dziwię, że po tych moich żalach, jeszcze Ci nie przeszło 😉
      Żartuję ptysiu, będę wtedy przy Tobie najlepiej jak umiem.

      PS I pamiętaj — wiosna! 😛

  • Obie książki jeszcze przede mną, chociaż mamą jestem już 2,5 roku i za dwa miesiące zostanę nią po raz drugi 🙂 Cały czas gdzieś wokół mnie krążą, mam je ściągnięte na czytnik, ale jakoś nie mam odwagi. Z jednej strony dlatego, że moje początki macierzyństwa były naprawdę piękne i pierwsze parę miesięcy życia mojego syna wspominam jako najlepszy czas w życiu. Nie pamiętam żadnego przepoczwarzania się, a miłość przyszła naturalnie, w tej samej sekundzie w której wzięłam go na ręce. Te książki nie są o mnie. Z drugiej strony teraz dopiero, kiedy jest starszy, widzę ile bycie matką wymaga poświęceń i chowania własnej ambicji do kieszeni. Zwłaszcza, że nikt, poza moim mężem mi nie pomaga (a każdy ma oczywiście milion opinii o tym, jak beznadziejną matką jestem, wiadomo…). I czasem czuję się właśnie takim domowym nielotem i boję się czy to nie wpłynie na to „drugie bycie mamą”. I boję się czytać Cusk, bo boję się, że to za chwilę będzie książka o mnie.

    • Cudownie! Bardzo się cieszę, że można i tak „po bożemu”, podręcznikowo. Mnie niestety zalano taką ilością syntetycznej oksytocyny i paskudnie pocięto dopiero po …dziestu godzinach skurczy (i 10 miesiącach ciąży), że nie miałam co liczyć na falę miłości. Ona przyszła stopniowo i ta stopniowość też bolała, bo przecież serce się kroi, kiedy oczy patrzą na niewinną istotkę, która sama się na świat nie pchała, a której rodzona matka nie potrafi obdarzyć tym mistycznym uczuciem.

      Ty masz wprawę, przyjęłaś już jednego człowieka, wiesz już jak się tej nowej istoty uczyć i jak uczyć jej siebie. Ale nie chowaj ambicji, przenieś ją tylko trochę przed siebie 😉

  • Szkoda, wielka szkoda, ze nie dane bylo mi przeczytac tych ksiazek zanim zostalam matka. Byloby mi latwiej. Moze nie mialabym wyrzutow sumienia, ze patrzac na corke, oprocz odpowiedzialnosci, czuje wylacznie strach. Ze przez pierwszy rok jej zycia, marzylam tylko, zeby zasnela, bo wtedy i ja bede mogla sie przespac… A moje zycie i tak sie bardzo nie zmienilo, bo urlop macierzynski w kraju, w ktorym mieszkam, trwa bolesnie krotko. W 3 miesiace po narodzinach kazdego z dzieci, wracalam w znajoma, korporacyjna rzeczywistosc. Tylko, ze w ta rzeczywistosc musialam teraz upchnac jednego, a potem dwoje malutkich ludzi. A to zmienialo juz wszystko. W obcym kraju, bez rodziny, tylko z mezem, ktory pracowal na kompletnie inna zmiane, wiec stale sie mijalismy. W czasie, kiedy moje dzieci byly malutkie, jesli szczerze wyrazilam co mysle o macierzynstwie, natychmiast napotykalam mur krytyki. Ludzie oczekiwali teczy i jednorozcow, a jesli opisywalam im szarosc z malymi przeblyskami koloru tu i owdzie, z miejsca mnie osadzali. Nawet maz, na moje zrzedzenie mial jedna odpowiedz: „No przeciez chcialas miec dzieci!”. Moja wlasna matka niedawno oswiadczyla, ze przeciez ja nie chcialam miec dzieciakow, bo kiedys (w przyplywie emocji zapewne) powiedzialam, ze nie powinnam byc matka, bo sie do tego nie nadaje… Kuzwa… trzy lata staran o ciaze, setki przeplakanych nocy, ale nie, przeciez ja tych dzieci nie chcialam… Przykre jest cos takiego uslyszec od osoby, ktora powinna byc najblizsza…
    Coz moge dodac… Moje dzieci maja teraz 5 i prawie 7 lat. Skonczyly sie nieprzespane noce (chyba, ze sa chorzy), pieluchy i placz „niewiadomooco” (bo zaczeli mowic), a ja chyba w koncu przystosowalam sie do bycia nowa JA – matka. 🙂

    • Cieszę się, że to życie się jednak odzyskuje, w innej formie, ale przynajmniej można znów poczuć się sobą, choćby nową 😉
      Krytyka i brak cierpliwości ze strony najbliższych boli najbardziej, choć ja na szczęście mocniej odczuwam wsparcie. Bądź dzielna przynajmniej tak bardzo jak do tej pory i trzymaj się mocno! Uściski dla pociech! 🙂

  • „A przede wszystkim, że nie jestem jedyną wyrodną matką, która owszem, kocha swoje dziecko nad życie, ale swoje życie też kochała, a zostało jej odebrane”… W tym miejscu zeszkliły mi się oczy. Nawet nie udaję, że rozumiem, przez co przechodziłaś przez ostatnie miesiące i nadal przechodzisz. Choć trochę o tym dyskutowałyśmy, dopiero ten tekst uświadomił mi jak poważnie macierzyństwo Cię – na siłę – odmieniło, wstrząsnęło fundamentami życia, jakie dotąd miałaś. Siły i jeszcze raz siły. Nie wstyd się czasem płakać jeśli to daje Ci ulgę. Ten tekst pokazał, że jesteś odważna i dzielna. Dasz radę ponownie odnaleźć siebie. Tego Ci z całego serca życzę 🙂

  • Ja się bardzo cieszę, że są publikowane takie książki, jak te, czy „Jak pokochać centra handlowe” Natalii Fiedorczuk. Chociażby po to, żeby kobiety, które dla których zmiana w matkę nie jest naturalna i oczywista, nie myślały o sobie, że są „wyrodne”.

    • Nie jest naturalna, a przynajmniej nie musi być. I może ta nienaturalność też jest w tę przemianę wpisana i nie ma w tym nic, ekhm, nienaturalnego 😉

  • I cóż tu mam napisać jako (jak na razie) jedyny publicznie piszący facet? Zacznę od podstawy: podziwiam wielce swoją małżonkę oraz wszystkie kobiety, które zostają matkami. Mam też wiele szacunku i zrozumienia dla tych, które jednak się nie decydują. Trzymając się tematu książkowego: bardzo dobrze, że powstają takie właśnie książki, gdyż niosą ze sobą ważną wiadomość: nie ma jednego macierzyństwa. Może być cudnie-miodnie, może być trud i depresja poporodowa, a może być przyziemnie i zwyczajnie. Nie ma gotowego rozwiązania, a wydaje mi się, że każdy dookoła stara się świeżo upieczoną matkę wtłoczyć we własne ramy macierzyństwa. Nigdy nie rozumiałem krytycznych komentarzy i „dobrych rad” od zupełnie obcych osób.

    Przekornie napiszę tak: na pewno znajdziesz swoją drogę, bo to… jedyna droga. Optymistycznie zaś dodam, że myślę, że będzie to dobra droga.

    • O właśnie! Przypomniałeś mi o kolejnej frustrującej rzeczy! To zdenerwowanie na siebie, na rzeczywistość, kiedy dziecko robi coś, czego nie jest świadome. Ale to często ta trudno wyłączyć… 🙁

      Dziękuję za ten męski głos, niekoniecznie w duchu „A czy myślisz, że ojcom jest łatwo?”

      Nie ma jednego macierzyństwa. AMEN.

  • Boję się sięgać po takie książki. Moje nowe jeszcze, niespełna czteromiesięczne, macierzyństwo to zbiór wszystkich emocji na raz i łez czasem szczęścia, czasem bezsilności, a czasem ze zmęczenia. Trudno pożegnać dawną mnie, a ta nowa jakoś nie zawsze jest tak atrakcyjna, jakby chciała. Obawiam się jednak, że książki skupione na trudach i negatywnej wizji początków macierzyństwa sprawią, że skupię się bardziej na tym, co trudne. Zresztą w nielicznych chwilach na czytanie wolę odpłynąć w światy inne niż moja obecna rzeczywistość.

    • Ojej, ale to nie są książki skupione na trudach! Może mój tekst, jako faktycznie mało optymistyczny, na to wskazuje, ale to nie tak. To książki, które skupiają się na zmianach, z którymi trzeba się zmierzyć w związku z macierzyństwem i przede wszystkim pokazujące nową rzeczywistość matek właśnie z ich perspektywy. Chodzi mi (i im!) raczej o to, by przełożyć nacisk z opisów opieki nad dzieckiem i miłości do niego na tematy dotyczące tego, co czuje matka w stosunku do samej siebie i sytuacji.

      • Rzeczywiście Twój tekst jest mało optymistyczny 🙂 Mam ogólne wrażenie, że ostatnio o macierzyństwie pisze się albo w tonie słodko-instagramowym albo skupiając się tylko na trudnościach i bolesnej przemianie kobiety w matkę. To chyba jednak jest tak, że to się wszystko trochę miesza, również w sytuacji samej matki, a skupianie się na samych pozytywach jest równie szkodliwe jak skupianie się tylko na negatywnej stronie. Mam więc nadzieję, że opisane przez Ciebie książki są jednak bardziej wyważone niż odczułam po lekturze recenzji.

  • No to mam dwie kolejne książki na liście „do przeczytania”. Próbuję sobie od jakiegoś czasu przypomnieć moje pierwsze tygodnie jako matki w domu – wszystko zaciera się, mimo, że minęło dopiero 2,5 miesiąca. Ale to, co najwyraźniej pamiętam z początku to fizyczna wręcz niezgoda mojego organizmu i umysłu na nową rolę połączona ze stresem i zmęczeniem. Pamiętam, jak moje własne ciało stawiało opór – przed karmieniem, przed kolejnym w ciągu zaledwie kilku minut podejściem do łóżeczka. Jakby alergiczna reakcja na nowe zadania, beznadziejna chęć, żeby poczuć tę wolność sprzed ciąży i porodu. Myśl, że ta wolność już nie wróci, że nie mogę w każdej chwili wyjść z domu i po prostu zniknąć na godzinę dla wszystkiego i wszystkich była paraliżująca. W tym samym czasie czułam ogromne wyrzuty sumienia i strach o córkę – o to, że coś źle robię, o to, że może się rozchorować i tak dalej. No i oczywiście kocham ją jak nie wiem co – ale emocji, nowych zadań i wyzwań na początku było dla mnie za dużo i najzwyczajniej myślałam, że nie dam rady. Pewien rodzaj uspokojenia przyszedł z czasem, po drodze musiałam podjąć szereg trudnych decyzji i pogodzić się z tym, że to nie będzie tak, jak sobie zaplanowałam w czasie ciąży. Każdy głos mówiący o tym, jak realnie wygląda macierzyństwo – że jest daleko od „idealnie” i nie ma w tym nic złego sprawia, że jest mi łatwiej i dodaje odwagi, więc dziękuję za ten wpis i za te dwa tytuły.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *