Nowy-stary Murakami i „Śmierć Komandora”

Może kiedyś uda mi się namalować portret nicości. Tak jak pewnemu malarzowi udało się namalować obraz zatytułowany „Śmierć Komandora”. Ale potrzebowałem na to czasu. Musiałem uczynić czas swoim sprzymierzeńcem.

Wyobraź sobie, że jesteś malarzem-portrecistą. Kiedyś może marzyłeś o tym, by spełniać się mniej odtwórczo, stworzyć własny styl, stać się znanym artystą. Ale teraz juz o tym nie pamiętasz, masz na utrzymaniu mieszkanie, masz żonę, osiadłeś, spełniasz egoistyczne zachcianki prezesów dużych firm, malując ich portrety, które zawisną w ich eleganckich gabinetach. Ale nagle żona mówi ci, właściwie nie podając powodu, że nie może już z Tobą żyć. Wyprowadzasz się więc, a po kilku tygodniach bezcelowej jazdy samochodem przez kraj, osiadasz na szczycie wzgórza, w domu po ojcu przyjaciela, znanym malarzu, który zachorował i musiał przenieść się do domu opieki. W nowym domu masz jeden obraz właściciela (odwzorowanie sceny z opery Don Giovanniego w stylu starojapońskim), widok na góry i dolinę, a po jej drugiej stronie — na pretensjonalny biały nowobogacki dom, który nieco cię intryguje. STOP. Nietrudno to sobie wszystko wyobrazić, prawda? JEDNAK TO NIE KONIEC. Pewnej nocy bowiem, kiedy niemal w jednej chwili cichną świerszcze, słyszysz dochodzący z ogrodu odgłos jakby dzwoneczków. Kolejnej nocy dźwięk dobiega do twoich uszu znów, drugiej i trzeciej także. W końcu decydujesz się na to, by sprawdzić jego źródło i w ogrodzie oświetlanym jedynie światłem księżyca odnajdujesz starą buddyjską kapliczkę, a za nią kopiec kamieni, który najwyraźniej przewrócił się podczas jednego z trzęsień ziemi. To z tego miejsca dobiega dźwięk dzwoneczków. Niedługo później dowiesz się, że bardzo podobna historia już się komuś przydarzyła. Bohaterowi opowiadań XVIII-wiecznego pisarza, Akinari Uedy, który wzorując się na ludowych przekazach, przytoczył historię buddyjskiego mnicha, który w celu osiągnięcia nirvany dał się żywcem pogrzebać z gongiem, za pomocą którego dawał znać, że nadal żyje. Co robisz? Natychmiast się wyprowadzasz? Zapominasz o sprawie? A może sprawdzasz, czy w twoim ogrodzie nie leży mumia buddyjskiego mnicha? Jeśli czytałeś wcześniej powieść Murakamiego, wiesz, że jego bohater wybierze wariant ostatni, i z każdym odwalanym z kopca kamieniem będzie się od prawdy oddalał, przybliżając do iluzji. A w dodatku zdziwi się, ale tylko nieznacznie. Przyjmie i prawdę i iluzję, tworząc swoją historię, od której ty (prawdopodobnie) nie będziesz się mógł oderwać.

Jak w niemal wszystkich książkach Murakamiego, tak i w „Śmierci Komandora”, jak oznajmia jeden z bohaterów „fakty nie unieważniają iluzji”. W świecie przedstawionym tyle samo jest iluzji, co realizmu, żadna z tych kategorii nie przeważa nad drugą, a to przecież podstawowy rys prozy japońskiego autora. Pod tym i wieloma innymi względami, ostatnia jego książka, a raczej pierwsza z dwóch części, nie odbiega od pozostałych. Jest też wiele motywów na stałe goszczących w powieściach Japończyka. Nie ma co prawda kotów, ale jest za to trzydziestokilkuletni bezdzietny mężczyzna w typie everymana, jest nieobecna żona, jest podziemne miejsce odosobnienia (może nie studnia, ale jednak…), jest mężczyzna, którego imię oznacza barwę (a raczej jej brak), jest wreszcie wygadana nastolatka, z którą narrator prowadzi niemal filozoficzne (na nastoletnim poziomie rzecz jasna) dysputy. 

Jednak niech czytelnika nie zwiodą podobieństwa i — zdaniem niektórych zużyte — motywy. Bo oto mamy nigdy przez autora nieporuszany wątek malarstwa, jest tajemniczy na wpół niewidzialny towarzysz (który przywodzi na myśl Gaarderowskiego karła z „Córki dyrektora cyrku”), starożytne buddyjskie legendy (także o duchach) i rytualne samobójstwa. Jest i postać pozbawiona twarzy, jak z płócien Magritte’a, dziwaczny i bajecznie bogaty sąsiad i fikcyjny japoński malarz, którego ciemna przeszłość spędzona w Austrii końca lat trzydziestych kładzie się cieniem na losach wszystkich bohaterów.

R. Margitte, La reproduction interdite

Część pierwsza nosi podtytuł „Pojawia się idea” i jest to zdanie zarówno metaforyczne, jak i dosłowne, bo idea owa jest mocno… hmm… spersonifikowana. I faktycznie „pojawia się”, znikąd. Oczywiście, w „Śmierci Komandora” niewiele się wyjaśnia. Powieść co prawda niebawem będzie miała swą kontynuację, ale nie sądzę, by dużo się w tej kwestii zmieniło. Tylko że mnie to w ogóle nie przeszkadza, bo mam wrażenie, że obcuję z czymś, co sprawia mi niemal perwersyjną przyjemność (i nie, nie ma to nic wspólnego w podkreślanym przez promocję fakt, iż książka ta została uznana w Hong Kongu za nieprzyzwoitą).

Jestem niemalże niepoprawną wielbicielką Murakamiego i „Śmierć Komandora” zaliczę do jednego z lepszych jego prozatorskich wyczynów. Ale to nie znaczy, że nie ma w niej rzeczy, które mogłabym skrytykować. Najpoważniejszym „zgrzytem” jest powtarzanie. Może zbyt dawno czytałam poprzednie książki Japończyka, ale nie pamiętam, by w którejś tak wiele fraz, zdań, czy wręcz całych wątków było powtarzanych w kolejnych rozdziałach (a może się mylę i jednak tak jest we wszystkich?). Ileż razy można gdzieś być lub nad czymś myśleć „pięć, może sześć minut”. Cudownie byłoby też dostać kilka słów od tłumaczki na temat Uedy i jego opowiadań, których na polski przetłumaczono zaledwie kilka. Ale to nie zarzut przecież, a raczej pobożne życzenie. Zadowolona jestem za to z korekty, bo po raz pierwszy od dawna nie znalazłam w książce Murakamiego korektorskich błędów 😉

Największa siła „Śmierci Komandora” tkwi nie w jej prostym, informacyjnym (jak zwykle) języku, nawet nie w historii ani bohaterach, ale w świecie przedstawionym, którego wpada się jak do kontemplacyjnej studni, po to by rozważyć miejsce sztuki i przenikanie się jej dziedzin (opera w malarstwie, wartość sztuki użytkowej itp.), by zastanowić się nad przeszłością, której nie trzeba rozumieć, a nawet czasem lepiej nie rozumieć, nad relacjami międzyludzkimi i tym, że to, co je niszczy najczęściej jest niewypowiedzialne, a także nad tym, czym jest rzeczywistość i czy w ogóle istnieje. Zabrzmiało może patetycznie, ale wcale takie być nie musi. Czasem zdarza się, że to, co nienaturalne najłatwiej pojąć i powieść Murakamiego jest tego najlepszym przykładem.

Haruki Murakami

Wydawnictwo MUZA S.A.

Liczba stron: 480

Ocena: 5/6

 

 

One thought on “Nowy-stary Murakami i „Śmierć Komandora”

  • Na mnie niezbyt dobrze działa rozdzielanie na części. „1Q84” przeczytałem dwie pierwsze części, a trzeciej nadal nie – i to mimo tego, że te dwie mi się podobały. W sumie sam nie wiem, czemu po ostatnią nadal nie sięgnąłem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *