Niebo nad World Trade Center

11/09/2001. Mam 15 lat, ale nie mam czasu. Prosto ze szkoły na warszawskim Powiślu jadę na Plac Zbawiciela. Do metodystów, na angielski z panią Kęsik, która, mam przeczucie graniczące z pewnością, przejedzie po mnie jak czołg, załatwi to szybko i ze złośliwym uśmieszkiem (który jednak poniekąd lubię). Zastanawiam się nad tym, czy nie uciec z zajęć kolejny raz, czy nie zadzwonić do starszego kolegi, fotografa, w którym się mniej lub bardziej skrycie (w jego oczach pewnie jednak mniej) podkochuję i wybrać spacer po Polu Mokotowskim zamiast lekcji z anglistką o iście niemieckim usposobieniu. Ale nie, dziś zostanę. Na Zbawixie, który jeszcze przecież nie jest Zbawixem, nie ma tysiąca restauracji i kawiarni, a i tęcza też jest melodią przyszłości. Ale wczesną jesienią i tak jest pięknie. Docieram pod klaustrofobiczną salkę w niepamiętającej remontu szkole, i razem z pozostałymi towarzyszami niedoli czekam na nauczycielkę. Pani Kęsik wpada i ogłasza, że zajęć nie będzie. Coś się stało. W Nowym Jorku. Możliwe, że będzie wojna. Wracajcie do domu. Wracamy przerażeni, bo nikt nie powiedział nam, o co chodzi. Wojna? Jaka wojna? Co mamy my do Nowego Jorku? Mój telefon, Nokia 3310, nie jest doładowany, zadzwonić nie mogę. Internet znam tylko z kafejek. Wracam tak szybko, jak umiem i zastaję rodziców ze wzrokiem wlepionym w ekran telewizora. W czasie, kiedy jechałam z centrum, w drugą wieżę World Trade Center uderzył kolejny samolot. Niedługo później trzeci, dzięki poświęceniu załogi, nie wbił się w budynek Pentagonu.

Każdy z nas, kto ma wystarczająco dużo lat, pamięta, co dokładnie robił po godzinie 15, 11 września 2001. Coraz częściej zresztą rzeczywistością, którą znamy, chwieją wydarzenia na tyle traumatyczne i spektakularne, że pozostaną na zawsze wryte w kolektywną świadomość świata (mam oczywiście świadomość, że to uproszczenie, bo chodzi o tę część świata, która ma stały dostęp do informacji). Ale dla mnie to był pierwszy taki raz, w czasie obrad Okrągłego Stołu byłam za mała.

Minęło już 16 lat, a ja mam wrażenie, że pamiętam niesmak w ustach, wywołany po części kawą z automatu u metodystów, po części emocjami, jakich doświadczałam, obserwując w telewizji Manhattan tego dnia. Mimo, że atak na WTC nie dotknął mnie w żaden sposób osobiście, miałam mieszane uczucia kiedy przy okazji wizyty w Nowym Jorku, postanowiłam odwiedzić National September 11 Museum. Niepotrzebnie. To miejsce wybudowane ze smakiem, elegancją i wyczuciem (architekci: Michael Arad, Peter Walker, Daniel Libeskind). Nic tam nie krzyczy, wszystko przemawia. Tak właśnie powinno się budować pomniki i muzea trudnej przeszłości.

Fundamenty dwóch wież WTC (tak nielubianych przez nowojorczyków, przynajmniej dopóki nie upadły) przerobiono na pomnik — dwa ogromne baseny–fontanny otoczone tablicami z nazwiskami tych, którzy zginęli. Przeczytałam gdzieś, nie pamiętam, czy u Rittenhouse czy Sławińskiej, że długo zastanawiano się nad sposobem umieszczenia nazwisk w odpowiedniej kolejności i wymyślono sposób, moim zdaniem idealny. Zaprojektowano program komputerowy, który po wprowadzeniu danych, ułożył nazwiska tak, by obok siebie byli ci, którzy i umierali obok siebie.

DSC_0795

DSC_0796

Ekspozycję wewnątrz muzeum podzielono na dwie części. Pierwsza jest ogólna. Zobaczyć w niej można między innymi zniszczone schody ewakuacyjne, fragment iglicy, zniszczony wóz strażacki, słup z gruzowiska, kamień węgielny czy zbrojenia fundamentów WTC.

DSC_0802

DSC_0813

DSC_0815

Drugiej części wystawy nie można fotografować i paradoksalnie, głębiej zapadła mi w pamięć niż pierwsza. Można tu wysłuchać całych godzin nagrań telefonów pracowników WTC na numery alarmowe (na schematycznym rysunku budynku wyświetla się miejsce, z którego dzwonili — tym bardziej przerażające, jeśli było powyżej miejsc, w które wbiły się samoloty, dla nich nie było już nadziei, a jednak słychać ich, żywych, zdezorientowanych). Można też obejrzeć nienaruszone, pokryte kurzem i gruzem okoliczne wystawy sklepowe, rowery przypięte do nieistniejących już latarni, bilety do kin i teatrów na wieczór tego dnia, po którym miasto zmieniło się nie do poznania. Wszystkie przedmioty, dowody i świadectwa chwili zatrzymanej w stopklatce, po której nie było już play. Gula w gardle rośnie, a łzę można otrzeć dyskretnie wystawionymi chusteczkami. A potem wyjść z przyciemnionych sal muzealnych na pełne słońce Manhattanu, by zobaczyć teraźniejszość i przyszłość — nieodróżniający się od nieba gmach World Trade Center One.

DSC_0782

No właśnie, niebo. Na koniec zostawiłam opis chyba najpiękniejszego pomnika, jaki znam, a który można oglądać w 9/11 Museum. To artystyczna wizja Spencera Fincha, zatytułowana „Trying to Remember the Color of the Sky on That September Morning”* i opatrzona cytatem z „Eneidy” Wergiliusza: „No Day Shall Erase You from the Memory of Time”**. Składa się z 2983 (liczba ofiar 9/11) kwadratowych rysunków o unikatowym odcieniu błękitu. Prawdziwy i jedyny w swoim rodzaju pomnik wystawiony czemuś tak ulotnemu jak pamięć.

DSC_0812

A Wy jak pamiętacie niebo i inne fragmenty rzeczywistości z tego dnia?

* „Próbując zapamiętać kolor nieba tego wrześniowego poranka”

** „Żaden was dzień nie wymaże z pamięci późnych wieków” (tłum. Zygmunt Kubiak)

6 thoughts on “Niebo nad World Trade Center

  • Przepiękny tekst! Byłam w Nowym Jorku mięsiąc temu, więc wrażenia mam bardzo ‚na świeżo’… to muzeum zrobiło na mnie piorunujące wrażenie – szczególnie sala ze zdjęciami ofiar, jak również nagrania rozmów telefonicznych… a później wyszłam na słońce i łzy mi leciały, gdy patrzyłam na zachwycające, dumne One World Trade Center i białe róże wetknięte w nazwiska osób, które danego dnia obchodziłyby urodziny…. Oprócz niesamowitej instalacji Fincha mocne wrażenie zrobiła też na mnie ta czarna okładka New Yorkera po zamachach – nie widziałam jej wcześniej… Nawet pisać o tym nie umiem, bo zaraz się wzruszam. Doskonale pamiętam dzień 11/9 i jak bardzo zmienił on wówczas moje dziecięce postrzeganie świata…
    P.S. Do jakiej szkoły chodziłaś na Powiślu? Ja do Batorego 🙂

    • I przypomniałaś mi o innych rzeczach z tej wystawy. Aż mam ciarki. Świetne muzeum, naprawdę, chyba najlepsze, w jakim byłam.
      Na Powiślu chodziłam najpierw na Fabryczną (po sąsiedzku z Batorym;)), potem Drewnianą, a na końcu już w centrum, do Reja 🙂

  • Dziwny urok czasów przed-powszechno-internetowych. Ja wtedy trenowałem wioślarstwo, szkołę zawsze miałem rano, więc mój tydzień wyglądał tak: z samego rana do szkoły z odległej dzielnicy Bydgoszczy, na obiad do babci, stamtąd na 16 na trening, a po treningu (ok. 19) do domu. W tym autobusie na koniec dnia już coś wyczuwałem, ale dopiero gdy dotarłem na wieczór do domu to się dowiedziałem. Do późnej nocy siedziałem przed CNN.

    Co ciekawe – teraz pracuję w firmie, które miała biura w WTC…

    • No tak, ale co urok, to urok. Analogicznie rzecz ujmując, wspomnienia z innej kolektywnej traumy, z 2010 roku, są już zupełnie inne.

      PS Wow, wioślarstwo <3

  • Bardzo sugestywnie opisałaś TEN dzień z Twojej perspektywy. Podziwiam Cię za też za to, że masz swoje alternatywne miejsce w świecie, któremu jesteś wierna. Na pewno wiesz, co mam na myśli 🙂

    Też bardzo dokładnie pamiętam dzień zamachu. Byłam w autobusie szkolnym, kiedy pierwszy raz usłyszałam w radio, co się dzieje. Było po 14. W ogóle to do mnie nie dotarło. Jakby to był sen. Wysiadłam z autobusu i mówię mamie, co usłyszałam w radio (mama była nauczycielką), a ona, że bredzę, coś musiałam źle zrozumieć. W domu odpalamy telewizor… Płakałyśmy przed telewizorem. To było przerażające. Zadzwonił telefon. Zmarła moja ciocia. Wiem, to nie ma związku, ale właśnie tak zapamiętałam ten dzień. Jako podwójną tragedię. W sensie mikro i makro. To że zginęły setki, tysiące ludzi może się łatwo zamienić w statystykę, ale każda poszczególna śmierć się liczy, każdy człowiek, dopiero wtedy jest to prawdziwa strata, żałoba. Myślę że pomnik i wystawa, o których piszesz akcentują właśnie tę jednostkowość i pozwalają upamiętnić ludzi indywidualne nie w „zbiorowej mogile”. To ważne bardziej, niż może się zdawać.

    • Tak właśnie dlatego to muzeum jest takie wyjątkowe — nie chodzi o patriotyczny kult narodu, jak to u nas często ma miejsce, ale o jednostkowy ból, historię mikro nakładającą się na makro, zupełnie jak u Ciebie w rodzinie 🙂

Odpowiedz na „Qbuś pożera książkiAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *