Miasto z liści, „Miasto z lodu” i ja

Cześć, mam na imię Agata – zwróciłam się do obiektywu. – Mam trzynaście lat i mieszkam z mamą. Ona choruje… – zawahałam się, ponieważ pierwszy raz powiedziałam to głośno. Czekałam aż nastąpi coś strasznego: ziemia pęknie, pojawią się języki ognia, wiatr wyrwie z korzeniami drzewa albo moje serce nie wytrzyma napięcia. Ale nic się nie stało. Podjęłam więc: – Ona choruje, od kiedy skończyła siedemnaście lat. Kiedyś powiedziała, że uda się ją wyleczyć, ale to nieprawda. Jej choroba nigdy nie będzie miała końca. Jest naprawdę bardzo chora i … – Mocno pociągnęłam za nitkę wystającą z kołdry i prawie ją wyrwałam. – I wiem o tym tylko ja.

 

Od literatury oczekuję nie tylko przyjemności podczas spędzania czasu na czytaniu, ale też wzbogacenia, tego „czegoś”, co powoduje, że w mniejszym czy większym stopniu staję się innym człowiekiem. Choćby na chwilę. Dlatego nie przepadam za powieściami obyczajowymi, które owszem – są lekkie, łatwe i przyjemne i traktują może o „psychologii codzienności”, ale tak naprawdę niczego nie wnoszą. Od tej reguły są wyjątki – chlubne rzecz jasna. Dziś o jednym z nich – książce Małgorzaty Wardy Miasto z lodu.

Są miasta i miasta. Miasta z kolorów, jak letnie kurorty nad morzem, miasta z liści, jak jesienna Warszawa za moim oknem  i miasta z lodu – zastygłe i nieczułe – te, których dobroć zamarzła w lodzie na rzece, kiedy pierwszy śnieg miękką pierzyną przykrywa dowody tajemnicy. W pewnym sensie to ostatnie miasto jest głównym bohaterem powieści Wardy, a na pewno jednym z bohaterów ważniejszych. Jest i trzynastoletnia Agata, która zaczyna szkołę w nowym miejscu – małej miejscowości w górach, a także Teresa, jej zagubiona, młodziutka matka. Jest jeszcze choroba afektywna dwubiegunowa, która zaplącze losy pozostałych bohaterów. Pomiędzy pnączami powstaną pytania – czy można wychować dziecko, kiedy walczy się z TAKĄ chorobą? Czym jest odpowiedzialność za dziecko? Czy dziecko powinno być odpowiedzialne za rodzica? Dlaczego inność jest piętnowana, szczególnie w małych społecznościach? Jak wiele można zmieścić w sobie i nie puścić pary z ust? Kiedy następuje ten moment, że przelewa się czara goryczy?

Powieść pisana jest w pierwszej osobie, a narratorem jest wspomniana nastolatka. To dobrze i źle, bo urozmaica książkę z jednej strony, z drugiej zaś niestety ją odrealnia. Narratorka wie bowiem o rzeczach, o których wiedzieć po prostu nie może, trudniej więc uwierzyć w jej wersję. Minusem jest także niedopracowanie wydania, zwłaszcza kilka literówek i transkrypcje angielskiej piosenki – z błędami gramatycznymi i w imieniu wykonawcy. A tak niewiele brakowało do książki „na piątkę”…

Miasto z lodu zaskakuje. Nie jest może idealne (bo która książka jest?), ale daje do myślenia i nie pozostawia obojętnym. Pokazuje nie tylko codzienność funkcjonowania osoby z chorobą afektywną dwubiegunową, ale też małomiasteczkowość, mechanizmy działania mediów, specyfikę grup rówieśniczych gimnazjalistów, wreszcie porusza kwestie patologii i odpowiedzialności za rodzinę i w rodzinie. Co ważne, Małgorzata Warda raczej stawia pytania niż na nie odpowiada. Bo przecież nie ma dobrych odpowiedzi, jeśli stawką jest ludzkie życie i szczęście. Nie ma czerni i bieli. Jest szarość. I lód.

miasto+z+lodu

 

Małgorzata Warda
Prószyński i S-ka
Liczba stron: 368

Ocena: 4,5/6 (w swojej kategorii)

 

11 thoughts on “Miasto z liści, „Miasto z lodu” i ja

Comments are closed.