Kot nakręcacz w Ameryce, czyli "Deliryczny Nowy Jork"

 

 
Miasto Uwięzionego Globu ma ułatwić sztuczne poczęcie i przyspieszone narodziny różnych teorii, interpretacji, konstruktów myślowych i propozycji, a także ich urzeczywistnienie w realnym Świecie. To stolica Ego. Nauka, sztuka, poezja i różne formy szaleństwa rywalizują w niej w idealnych warunkach o to, która z nich sprawniej wymyśli, zniszczy i odbuduje świat zjawiskowej Rzeczywistości. Każda Nauka bądź Mania ma własną parcelę.
 

Czym jest Nowy Jork? I czym jest Manhattan? Miastem? Wyspą? Miejscem na mapie? Snem? Marzeniem? Wszystkim tym i niczym zarazem, bo jego obraz zmienia się w zależności od oczu, które na niego patrzą. Jest kontrastem, bo można go kochać lub nienawidzić, a obojętność nie wchodzi w grę. Jest snem o wielkości i wielkością samą w sobie. Nawet jeśli uznamy, że każde miasto ma swoją specyfikę, to założenie nigdy nie będzie dotyczyło Nowego Jorku. Bo Nowy Jork nie jest miastem, jest specyfiką. Manhattan zaś, jak mało które miejsce na świecie ma swoją filozofię, a właściwie swoje filozofie. Manifestem tych filozofii jest książka holenderskiego architekta i teoretyka literatury, Rema Koolhaasa, Deliryczny Nowy Jork. Autor przyjmuje specyficzną rolę – ghostwritera Manhattanu teoretycznego, Manhattanu jako wyobrażenia.

Koolhaas przenosi czytelnika na wyspę Manhattan już w wieku XVII, kiedy powstała tam holenderska kolonia i prowadzi swą specyficzną narrację, będącą połączeniem architektury i filozofii (archizofią?) aż do lat ’40 ubiegłego wieku, kończy zaś na fikcyjnym podsumowaniu, interpretacji koncepcji nie za pomocą słów, ale projektów architektonicznych. Znajdujemy tu więc odkupienie wyspy od Indian, wytyczenie siatki ulic, która wyznaczyła parcele, działalność i koniec magicznych Lunaparków (m.in. przez pożar Końca Świata), projekty pierwszych wieżowców i ich ideologie (!), budowę, przebudowę i rozbudowę Centrum Rockefellera, głośne słowne i koncepcyjne potyczki Diega Rivery, Salvadora Dalego i Le (“Te Wieżowce Są Za Małe”) Corbusiera.

Całe miasto to małżeństwo kapitału ze sztuką, które chętnie skonsumowano. Nic dodać, nic ująć. Może jeszcze to, że tylko tu, jeśli jest wolna parcela, zawsze znajdą się pieniądze, pomysły i ludzie, którzy wydadzą pieniądze na realizację pomysłów. Manhattan jawi się jako stolica nieustannego kryzysu, arena postępu, kontr-Paryż i anty-Londyn, mozaika epizodów, puszka Pandory pełna wynalazków, zagęszczenie możliwych katastrof. Manhattan jest oszustwem świata, bo tylko tu możliwe jest jednoczesne fabrykowanie przeszłości i renowacja przyszłości. Tylko tu z każdego zakątku wylewa się mieszanka wybuchowa Technologii Fantastyczności, Niedoboru Rzeczywistości i Umiłowania Sztuczności. Nie bez powodu przecież Salvador Dali nazwał Nowy Jork pomnikiem ku swojej czci, powstałym na długo przed jego urodzeniem.

Jedynym, co rzuca cień na tę krainę ekstazy, jest rasa ludzka.

Architektura stała się doskonalsza od człowieka. Ale i ten problem można rozwiązać.

Zaprojektowaniem rasy idealnej rzecz jasna. Trudno sobie wyobrazić, że podobny pomysł powstaje gdziekolwiek indziej. Magia miasta tkwi w jego zmianach i tendencji do umożliwiania tego, co wydaje się być tylko snem. Oto zaledwie jeden z przykładów:

Przeszczepy z innych rezydencji Astorów – elementy przeniesione wprost lub tylko podobnie nazwane – wskazują, że Waldorf-Astoria w zamyśle twórców jest nawiedzonym domem, który wypełniają duchy przodków. Zbudować Dom nawiedzany przez przeszłość własną i innych budynków – oto manhattanistyczna metoda fabrykowania zastępczej historii “wieku” i szacowności. Wszystko, co nowe i rewolucyjne na Manhattanie, zawsze ukazuje się w fałszywej atmosferze swojskości.
(…) Nawiedzony dom, taki jak Waldorf, nie jest po prostu ostatnim potomkiem długiej linii dziedziczenia, lecz raczej sumą swoich przodków, jednoczesnym istnieniem na jednej parceli i w jednej chwili wszystkich swych “zaginionych” stadiów rozwoju. By je zachować, trzeba je było zniszczyć. W ramach manhattańskiej Kultury Zagęszczenia destrukcja to inne słowo na konserwację.

Manifest Koolhasa to książka pełna, doskonała, deliryczna niczym samo miasto i wydana z tak pieczołowicie wysublimowaną elegancją, z jaką tylko może zostać przedstawione światu dzieło idealne.

Oto teoria, która działa.
Mania, która trwa.
Kłamstwo, które staje się prawdą.
Sen, z którego nie sposób się obudzić.
 

SKRÓT DLA OPORNYCH

Dla kogo na pewno tak: dla miłośników historii i teorii architektury oraz samego Miasta; dla wymagających czytelników, którzy lubią wielokrotne zawijanie zwojów mózgowych podczas trudnej, ale tym bardziej satysfakcjonującej lektury; dla odważnych.

Kto powinien omijać: czytelnicy niecierpliwi i ci, którzy na słowo teoria i filozofia dostają gęsiej skórki; miłośnicy lektur lekkich – nie tylko w przenośni, bo Deliryczny Nowy Jork waży… prawie kilogram.

 

Rem Koolhaas
Wydawnictwo Karakter
Liczba stron: 360

Ocena: 5,5/6

http://bonito.pl/?utm_source=blog&utm_medium=banner&utm_campaign=

 

4 thoughts on “Kot nakręcacz w Ameryce, czyli "Deliryczny Nowy Jork"

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *