Historie cmentarne, czyli o tym, jak zostałam taphofilem

 

Jeśli bez powodu, z czystej ciekawości, zaniosło was na cmentarz Nikoło-Archangielski, Wostriakowski lub Chowański – uciekajcie, nie oglądając się za siebie, bo inaczej przestraszycie się bezkresnych, ciągnących się po horyzont pustaci, najeżonych szarymi i czarnymi kamieniami, zatka was tutejsze szczególne, tłuste powietrze, ogłuchniecie od dzwoniącej ciszy i zechce wam się żyć wiecznie, żyć za wszelką cenę, byle tylko nie leżeć kupka popiołu w blokowisku kolumbarium albo rozpadać się na białka, tłuszcze i węglowodany pod kwietnikiem zer siedem łamane przez jeden osiem.
Nowe cmentarze nic wam nie powiedzą o życiu i śmierci, za to zbiją was z tropu, przestraszą, zamącą w głowie. A pal je sześć, niech sobie kłapią swoimi granitowo-betonowymi szczękami za wielopasmową obwodnicą, a my, czytelniku, przejdźmy się lepiej do…

 

No właśnie, gdzie zabiorą nas Borys Akunin i Grigorij Czchartiszwili? I dlaczego jest ich dwóch, choć tak naprawdę wiadomo, że jeden? I dlaczego ten drugi (że nie wspomnę o sobie) jest taphofilem? Na te pytania odpowiedziały mi Historie cmentarne 1999-2004, a ja pokrótce, nie zdradzając smaczków (?) książki postaram się odpowiedzieć na nie wam, drodzy czytelnicy 🙂

Autorów jest dwóch, ponieważ i książki są dwie. Rosyjski autor dostał rozdwojenia jaźni i stał się rezonerem Grigorijem Czchartiszwilim i zabawiaczem szerokiej publiczności, wodzirejem Borysem Akuninem. W praktyce, „obydwaj” stworzyli całość podzieloną na eseistyczne fragmenty Czchartiszwilego i beletrystyczne, kryminalne opowiadania Akunina.

W poszukiwaniu Tajemnicy Minionego Czasu odwiedzili sześć mniej lub bardziej znanych starych cmentarzy – Stary Doński w Moskwie, Highgate w Londynie, Père-Lachaise w Paryżu, cudzoziemski w Jokohamie, Greenwood w Nowym Jorku i cmentarz na Górze Oliwnej w Jerozolimie. Każdy z nich ma własną specyfikę i tajemnicę, każdy świadczy o czasie pochówków zmarłych, ale i o tym, że w takich miejscach łatwo pogodzić się ze śmiercią, także własną. Wiedziałam, że jestem taphofilem, miłośnikiem starych cmentarzy,  nie wiedziałam tylko (Czchartiszwili alias Akunin także), że tak to się nazywa. W zasadzie każda moja wyprawa w Polskę czy świat kończy się… na cmentarzu. Choć z opisanych w Historiach… cmentarzy dobrze znam tyko Highgate, po lekturze czuję, jakbym odwiedziła je wszystkie – w tak niesamowitą podróż po trzech kontynentach proponują „autorzy”. Sama zaczynam wierzyć, że żyjemy równolegle, że nasze światy się przeplatają, i że to zmarłych nie obchodzi nasz świat, co w drugą stronę już raczej nie działa.

A czego wy możecie się spodziewać? Na Starym Dońskim odwiedzicie grób krwiożerczej Sałtyczyny i księżniczki Szachowskiej, która według epitafium zmarła wskutek operacji doktora Sniegiriewa (dobrze mu tak!). Na Highgate poznacie historię Rosettiego i ognistowłosej Siddal, pochowanej z tomikiem wierszy, które później… trzeba było wykopać oraz rzucicie okiem na Karola Marksa i wszędobylskie cmentarne lisy (sama widziałam!). Na Père-Lachaise nie pójdziecie do Jima Morrisona, ale dane wam będzie odwiedzić Oscara Wilde’a, Honoriusza Balzaka i Marcela Prousta (Człowiek jak człowiek, grób jak grób). Podczas podróży do Japonii zobaczycie na cmentarzu cudzoziemskim groby tych, którzy myśleli, że udają się do dalekiego, na wpół legendarnego kraju po pieniądze i sławę, a naprawdę przyjechali do Jokohamy umrzeć, a Nagła Śmierć spotkała ich we wszystkich swych odmianach. Przeniesiecie się do Stanów. Nowojorski Greenwood to prawdziwy dom-afterlife dla Homini Americani – pochowani są tu: człowiek-telegraf Morse, człowiek-tubka Colgate, człowiek-maszyna do pisania Underwood, (…) człowiek-ozdóbka Tiffany. Cmentarz Jerozolimski zatem razem z lipnymi Absalomami i Zachariaszami, pewnymi pierwszego miejsca przed sądem ostatecznym, być może wyjaśni wam istotę judaizmu. Oto jak wiele można się dowiedzieć. Chwilę później, by odpocząć od natłoku informacji, przeczytajcie opowiadania przeplatające się z esejami – prawdziwy majstersztyk krótkich form literackich.

 
zdj%C4%99cie+2.JPG

Jestem pod wielkim wrażeniem Historii cmentarnych. To książka mądra, napisana (i przetłumaczona) pięknie i z ogromnym poczuciem humoru oraz szalenie ciekawa poznawczo. Prawdziwa perełka. Tego genialnego całokształtu dopełnia pomysłowe i eleganckie wydanie (no może poza mniej przyjazną czcionką jednoelementową w części eseistycznej, ale to jedyny mankament, jaki znalazłam). Warto po nią sięgnąć, nawet jeśli nie jesteście taphofilami 😉

Na koniec, na zachętę, garść ulubionych cytatów:

Szkoda, że pyszałkowaty Spencer nie był materialista i nie doistniał do tego wielkiego dnia, bo z zawiści przegryzłby własny grób. Ale cmentarz Père-Lachaise leży na ziemi francuskiej, w kraju wytwornym i lekkomyślnym, gdzie tragedia to tylko chmurka na skraju nieboskłonu, której nie dano się rozciągnąć na całe niebo. Długo lać łez nad nieszczęśliwą miłością tu się nie da, bo we Francji wzniosłość od swawoli dzieli ledwie „un centimètre”, a od cielesnych szczytów do cielesnych nizin jeszcze mniej.Greenwood to terytorium zaplanowanej śmierci, pierwsza jaskółka sławetnego „positive thinking” (…). Dla mieszkańców Nowego Świata jest bardzo ważne, żeby wszystko było u nich na tip-top – nawet jeśli sprawa przybiera kiepski obrót. (…) Ileż razy widzieliśmy w hollywoodzkich filmach, jak jeden bohater pochyla się nad drugim (ciężko poranionym i połamanym) i pyta „Are you okay?”, chociaż nawet ślepy widzi, że ten w żaden sposób nie może być okay i po naszemu należałoby zawołać: „Boże, to straszne! Co te dranie z tobą zrobiły!” Ale pierwszy nie będzie lamentować, a drugi mężnie odpowie „I’m fine”. Bo obaj są prawdziwymi Amerykanami, obaj myślą pozytywnie. (…) „I’m fine” mówi umierający bohater i żegnamy się z nim.

 zdjęcie+1

 
[Oto i moja kolekcja, czyli (prawie cały) zestaw małego taphofila :)]
 
 

Borys Akunin, Grigorij Czchartiszwili (w jednej osobie)
Wydawnictwo Noir sur Blanc
Liczba stron: 223

Ocena: 6/6

 

 

One thought on “Historie cmentarne, czyli o tym, jak zostałam taphofilem

  • Ja lubię cmentarz na Żytniej. Któregoś razu, po przeczytaniu jakiegoś wyimka biografii o Ćwierczakiewiczównie, specjalnie pojechałam tam zobaczyć, jak wygląda jej grób.
    I bardzo lubiłam chodzić na starą, nieco zapomnianą, część przedwojennego niemieckiego cmentarza na wsi u mojej babci.

Comments are closed.