„Kronika ptaka nakręcacza” i mój kot nakręcacz

Do Kroniki ptaka nakręcacza wróciłam po siedmio- czy ośmioletniej przerwie. To książka z gatunku tych, które TRZEBA przeczytać ponownie, ale nie od razu, bez pośpiechu, dać sobie czas na przetrawienie jej absurdalnej, lecz moim zdaniem cudownej, treści.

Murakami zawsze będzie dla mnie pisarzem numer jeden, ale moja miłość do niego nie jest bezwarunkowa. Nie przepadam za jego niektórymi pozycjami, jedne lubię mniej, inne bardziej, ale Kronika… była i będzie dla mnie kwintesencją ‚murakamiowatości’. Jej treść jest równie pokręcona i nierealna, jak treść innych jego książek, ale piękno tego zjawiska polega na tym, że ten brak realizmu (u innych autorów dla mnie nie do przełknięcia) tworzy inny realizm. Mówiąc ogólnie, czytelnik nie widzi niczego nierealnego w tym, że opisane wydarzenia nie mogłyby się wydarzyć w świecie, który znamy.

Tytułowy ptak nakręcacz, nakręcający sprężynę świata pojawia się wokół różnych bohaterów w pewnych przełomowych dla nich momentach – niezależnie od tego, czy żyją w latach ’30 w Mandżurii, czy Tokio lat ’80-tych. Jest elementem łączącym bohaterów, ale tych elementów jest więcej. Tworzą pajęczą nić, której tylko czubek jest widoczny po jednokrotnym przeczytaniu książki.

Postacie są barwnie i spójnie nakreślone – jeśli na chybił-trafił otworzy się Kronikę…, a wcześniej poznało się już bohaterów, nawet bez imion łatwo domyślić się kto występuje w dialogu. To, moim zdaniem ogromna umiejętność Murakamiego jako pisarza.

Mamy więc młodego szarego Tokijczyka, który rezygnuje z pracy, tajemniczą projektantkę mody i jej niemego syna, nieco ekscentryczną 16-latkę, sławnego polityka, dyrektora przedwojennego ZOO, japońskiego pułkownika, radzieckich i mongolskich oprawców, nietuzinkowe siostry o nietuzinkowych imionach (Malta i Kreta) i jeszcze bardziej nietuzinkowych strojach, zaginionego kota o zakrzywionym ogonie oraz oczywiście tytułowego ptaka. Każdy z nich ma swój wkład w klimat książki, którego z niczym nie można porównać. Ich losy przeplatają się ze sobą, to znów rozplatają, ale szczegóły przestają mieć znaczenie, bo każdego dnia ptak nakręcacz na nowo nakręca sprężynę świata.

Niewątpliwą zaletą książki jest także jej forma. Ładne, eleganckie wydanie, niedługie i pięknie zatytułowane rozdziały (kto nie chciałby przeczytać części zatytułowanej O człowieku, który czekał, o tym, czego nie można strząsnąć, i o tym, że nikt nie jest samotną wyspą?), cudnie skonstruowane dialogi.

„Kronika ptaka nakręcacza”, poza dawaniem oczywistej przyjemności literackiej, otwiera czytelnikowi oczy na rzeczy, o których nigdy by nie pomyślał. Kto z nas rozważał kiedyś jak wygląda ZOO podczas wojny? Albo jak wygląda świat z dna suchej studni? To może nie są przemyślenia potrzebne do życia, ale uczą. Uczą dostrzegania mikroskopijnych elementów w
machinie świata. A sedno książki? Sedno każdy ma swoje i, żeby posłużyćsię słowami samego Murakamiego, sedno jest tak pięknie zakamuflowane jak szyld wróżki.

 

 

7 thoughts on “„Kronika ptaka nakręcacza” i mój kot nakręcacz

Comments are closed.