Biały i czerwony, czyli „Imperium księżyca w pełni”

 

Istnieje historia oparta na twardych, udokumentowanych faktach; historia ubarwiona pogłoskami, spekulacjami i kłamstwem; oraz historia, która funkcjonuje w – można by rzec – odmętach wyobraźni. Ta trzecia odmiana historii oddaje istotę wielu dziewiętnastowiecznych relacji o porwaniu Cynthii Ann Parker, legendarnej „białej squaw”, która wybrała czerwonego człowieka zamiast białego oraz wolała życie w zacofanym barbarzyństwie od wygód „cywilizacji”. (…) W rezultacie często otrzymujemy dziwaczną i absurdalną próbę zaszczepienia romantycznych ideałów europejskich na gruncie kultury epoki kamienia łupanego (…).
 
 

Być może wydaje się nam już, że Indianie to legenda, że są tak nierzeczywiści jak historie o wróżkach. Nie ma się czemu dziwić, Zachód przestał być dziki, „Dr Queen” dawno zeszła z ekranów, a dzieci przestały czytać Karola Maya. Ale jest pewien człowiek, finalista Nagrody Pulitzera, S.C. Gwynne, który odczarował lud Komanczów w książce „Imperium księżyca w pełni”.

Prawdziwa, a przynajmniej ta wyłożona przez amerykańskiego dziennikarza, historia Komanczów niewiele miała wspólnego z opowiadanymi dzieciom legendami o Indianach. Byli okrutni, silni, bezwzględni i szybcy. W karkołomny, ale skuteczny sposób polowali na bawoły, wyprawiali ich skóry, bez najmniejszego uszczerbku odbywali dalekie eskapady, potrafili przeżyć w niemal każdych warunkach i mogli pochwalić się niebywałą skutecznością w odpieraniu naporu białych. Gwynne opisuje kilkadziesiąt lat istnienia ludu, którego historia wiąże się z ważnymi dla USA wydarzeniami lub procesami – poszerzaniem stref wpływów białego człowieka w Ameryce, wojną secesyjną, czy prezydenturą Lincolna.

Ale nie tylko Wielka Historia znalazła się na kartach „Imperium księżyca w pełni” – także ta o bardziej ludzkim i jednostkowym obliczu, która odbiła się echem nie tylko na zboczach Wielkiego Kanionu. Cynthia Ann Parker została porwana w 1839 roku z fortu Parkerów razem z kilkoma innymi członkami rodziny. Początkowo bita i maltretowana, w końcu została przyjęta przez Indian jako „swoja” i nawet adoptowana. Z czerwonoskórymi spędziła dwadzieścia cztery lata życia. Urodziła indiańskiemu mężowi troje dzieci, a kiedy po niemal ćwierćwieczu wróciła na łono tak zwanej cywilizacji, próbowała wrócić do jedynej rodziny, którą uważała za prawdziwą. Nie potrafiła przystosować się po raz drugi.

Nie mniej interesujący jest przypadek jej syna, Quanaha, ostatniego wodza dziko żyjących Komanczów. Jego historia jest niemal lustrzanym odbiciem życia matki. Quanah zamieszkał w końcu w rezerwacie i stał się niemal gentlemanem. Nauczył się angielskiego, ubierał w wełniane garnitury i z prelekcjami jeździł po kraju jako orędownik praw Indian i porozumienia między rasami, którego sam był przecież owocem. Niemal jedynym zwyczajem, którego nie porzucił, było… posiadanie ośmiu żon.

Gwynne w sposób niemal awanturniczy śledzi losy ludu Komanczów i jego najbardziej reprezentatywnych (a może reprezentacyjnych?) przedstawicieli, wśród których znaleźli się na przykład Garb Bizona, Trzęsąca się Ręka, Dziesięć Niedźwiedzi, Pomalowane Usta, Mały Róg, Psi Tłuszcz, Wódz Bez Palców, a nawet… Włosy Ścięte z Jednej Strony. Jest świetnym gawędziarzem, wnikliwym poszukiwaczem źródeł i prawdziwym pasjonatem tematu. Czasem zapędza się w kozi róg, ulegając czarowi własnej opowieści i gubiąc chronologię. Na szczęście czuwa niezawodny tłumacz i autor wprowadzenia, Bartosz Hlebowicz, któremu należy się honorowe indiańskie imię Wielkiego Tłumacza z Wielkich Równin. Lekturę, poza wnikliwymi przypisami autora i tłumacza, bardzo ułatwiają także pozostałe elementy wydania – mapa Komanczerii oraz perfekcyjnie dobrane zdjęcia.

„Imperium księżyca w pełni” to rzecz jedyna w swoim rodzaju, rzetelne opracowanie i zawadiacka powieść (sic!) o wielkich awanturnikach w jednym. To także traktat o człowieczeństwie. Indianie byli brutalni, to nie ulega wątpliwości, czasem ich okrucieństwo wynikało z naturalnych skłonności i wpojonych od dziecka wzorców kulturowych, czasem z troski o coraz mniejsze terytorium, na jakim panowali. A człowiek biały, teoretycznie cywilizowany i z odwieczną misją niesienia kaganka oświaty? Czy w ogóle różni się czymś od ludzi, których zwykł nazywać „dzikusami”?


 

S.C. Gwynne
Wydawnictwo Czarne
Liczba stron: 512

Ocena: 5/6

SKRÓT DLA OPORNYCH

Dla kogo na pewno tak: dla wielbicieli historii o Dzikim Zachodzie, westernów i Dr Queen; dla zainteresowanych „inną” historią Stanów Zjednoczonych; oraz dla miłośników historii niebanalnych o zderzeniach cywilizacji.

Kto powinien omijać: czytelnicy, którym przeszkadza ogrom opisów bitew, starć i potyczek oraz ci, którzy historie o Indianach wkładają między bajki.

One thought on “Biały i czerwony, czyli „Imperium księżyca w pełni”

  • Indianie fascynowali mnie do kiedy trafiłam na książkę "Mały Bizon", to wtedy zakochałam się w tej kulturze. Z czasem przestałam się nimi interesować, ale ostatnio znów spoglądam w ich stronę. I chyba dlatego skuszę się na tę książkę. Bo wydaje mi się być taka prawdziwa 🙂

Comments are closed.