Patti Smith, „Rok małpy” – kapsułka recenzyjna

Seria Amerykańska Wydawnictwa Czarnego to bodaj jedyny z segmentów naszej wydawniczej rzeczywistości, który nigdy mnie nie zawodzi. Tym razem zakopałam się w nowe wyznania (i wyzwania) Patii Smith zebrane w tomie „Rok małpy”. Często powtarzam, że kiedy dorosnę, chciałbym być taka jak ona. Ale po lekturze ostatniej książki zaczynam mieć wątpliwości, czy tak bardzo powinnam się do tego spieszyć.

Ważne cytaty

Gdy zapisywałam te słowa po raz pierwszy, nie było jeszcze wiadomo, można było przewinąć sobie czas do przodu albo go cofnąć, ale tak to juz z nim jest, że wciąż biegnie, tyka sobie w najlepsze, i wciąż przybywa rzeczy, których nie da się zmienić ani nawet w porę zanotować. Kiedyś śmialiśmy się z Samem z tego pęknięcia: piszesz w czasie, ale czas Ci się wyślizguje, a ty, starając się go dogonić, piszesz całkiem inną książkę, zupełnie jakby Pollock, czując, że obraz mu się wymyka, namalował jakiś inny, ale i tu straciłby wątek, i teraz z wściekłości rozbijał kopniakami szklane przepierzenia.

Nie zadawałam znakowi pytania o mojego męża i o to, jak mu się wiedzie w tej części wszechświata, która przypadła mu w udziale. Nie spytałam o los Sandy’ego. Ani Sama. To są rzeczy zakazane, tak jak błagalne modły do aniołów. Dobrze wiem, że nie wolno prosić o życie. Tym bardziej o dwa. W najlepszym razie wolno chować nadzieję, że sercu jednego i drugiego przybędzie sił.

Marek Aureliusz każe, byśmy uważnie przyglądali się mijaniu czasu. Lat dziesięć tysięcy, dni dziesięć tysięcy… Nic nie zatrzyma czasu ani nie zmieni tego, że w Roku Małpy skończę siedemdziesiąt lat. Siedemdziesiąt. To tylko liczba, a jednak wskazuje, że w klepsydrze przesypała się już spora część piasku, jajko już prawie ugotowane – tyle że jajko to ja. Sypią się ziarenka, a mnie bardziej niż zwykle brakuje umarłych. Zauważyłam, że częściej płaczę przy telewizji, wzruszają mnie perypetie miłosne, detektyw u progu emerytury, któremu strzelono w plecy, gdy wpatrywał się w morze, albo zmęczony ojciec, który wyjmuje niemowlę z łóżeczka. Pieką mnie własne łzy, nie umiem już szybko biegać, a czas chyba przyspiesza. Robię, co mogę, by ten nawracający obraz przekabacić na swoje, wymieniłam nawet minutnik do jajek na kryształową klepsydrę, przez którą przesypuje się pył z kruszonego marmuru – podobną do tej, jaką znaleźć można w małej drewnianej samotni świętego Hieronima albo w pracowni Albrechta Dürera. Nawet gdybyśmy uchwycili prędkość, z jaką piasek przesypuje się z jednej bańki do drugiej, nic nam po fikuśniejszej klepsydrze czy lepszych ziarenkach.

 

Warstwa konstrukcyjna i literacka

Krótsze i dłuższe rozdziały – etapy podróży. Poetyckość języka, czasem otwarte zakończenia, surrealizm bohaterów, czasoprzestrzenne przeskoki. Śmierć (a może umieranie?), (o)powieść drogi, trochę polityki, sporo muzyki i całe hałdy rozmów o literaturze, czarno-białe fotografie, tęsknota, wspomnienia z dzieciństwa i nieodległej przeszłości, Stany Zjednoczone, kawiarnie, japońskie potrawy, plaże, widoki, rozmowy z materią umarłą i nieożywioną, amulety, a przede wszystkim sny. Patti Smith w całej swej poetycko-gawędziarskiej krasie, taka sama jak zawsze, ale jednak nieco inna, dojrzalsza, smutniejsza, trochę jakby za szybą. Ze snów. Pisanie czegokolwiek więcej byłoby zbrodnią.

Perełki

Trudno w „Roku małpy” wyróżniać klejnoty pojedynczo. Jak każda książka Patti Smith, tak i ta nie jest sumą skrawków, ale kawałem porządnej literackiej roboty – także tej dokonanej przez tłumacza, Krzysztofa Majera, któremu należą się oklaski. Mam przeczucie, graniczące z pewnością, że wiele mnie ominęło. Że tej elokwencji, erudycji, wrażliwości i współbrzmienia ze światem (także tym przedstawionym) nie da się ogarnąć jednym spojrzeniem. Że do tego potrzeba lat, doświadczeń i kilku podejść.

I fotografie. Te literackie i te najprawdziwsze, zreprodukowane. Jeśli Smith o czymś  pisze, potrafi to zilustrować w sobie tylko znane sposoby. Plastyka opisów i brak niedopowiedzeń. Jest metaforycznie, ale dokładnie, może nawet skrupulatnie.

I jeszcze literackie odniesienia (Bolano!), które spowodowały, że lista na „święty nigdy” wciąż się rozrasta. To właśnie uwielbiam w książkach tej wszechartystki (poetki, piosenkarki, pisarki, gwiazdy rocka) – że mając swoich przewodników po podróżach (w „M Train” był to Murakami), sama staje się przewodniczką. Ad astra.

Co bym zmieniła?

Absolutnie nic. Może tylko to, że nie czytałabym jej teraz, w pandemicznej panice i kurczowym trzymaniu się nadziei na to, że czas przyszły będzie dla nas łaskawszy. To jeszcze nie ten moment, kiedy chciałabym być Patti, a przynajmniej nie jej wersją z „Roku małpy”.

Dla kogo tak, a kto powinien unikać?

Dla wszystkich tych, którzy już czytali książki amerykańskiej artystki, najlepiej niedawno. Żadna postać nie jest tu wprowadzona po raz pierwszy, ale autorka niczego nie wyjaśnia, tylko płynie z prądem. Ale jak tu wartko! Co i raz powtarzałam sobie: zdejmij glany, zabierz swą ulubioną powieść i płyń razem z nią.

Zupełnie nie dla tych, którzy nie gustują w prozie poetyckiej, w literackim oniryzmie, daleko idącej metaforze i wszechogarniającym (a może oblepiającym?) smutku.

Wydawnictwo Czarne

Tłumacz: Krzysztof Majer

Liczba stron: 152

Ocena: 5/6

Tania Książka świętuje 11. urodziny - Książki - POLTERGEISTPowyższa recenzja powstała we współpracy z księgarnią TaniaKsiazka.pl, tu kupicie nowości w dobrej cenie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *